czwartek, 3 listopada 2011

Nie dla chorych na serce, czyli schody ruchome przy trasie WZ


Wejście do schodów ruchomych przy trasie WZ
Był późny wieczór, każdego innego dnia byłby to wyczekiwany zazwyczaj koniec dyżuru. Ale w tej chwili to nie miało najmniejszego znaczenia. Zasapany, umazany smarem z pietyzmem i największą precyzją dokręcał  gwinty. Zaraz znów będziecie jeździć moje biedactwa pełnym tkliwości i troski głosem mówił sam do siebie ocierając pot z czoła. Tę dziwaczną scenę zakłócił odgłos telefonu komórkowego.
- #$^^%$#@@ - syknął natychmiast, a pełne macieżyńskich emocji szepty w jednej chwili ustąpiły miejsca dzikiej wsciekłości. Czego znowu? - warknął do sluchawki. Co znowu zgłoszenie? Nie mam czasu, zajęty jestem, mam tu ważniejszą robotę! - I co z tego, że ludzie, niech nocny pojedzie ich uwolnić, ja jestem na wzetce... na moich schodach. Wymawiając te słowa znów uśmiech zagościł na jego licu.

W święta tylko do góry
Prowadzenie dalszej rozmowy czy użycie jakiejkolwiek racjonalnej argumentacji nie miało w tym momencie najmniejszego sensu i w firmie wszyscy doskonale o tym wiedzieli. Dyspozytor wiedział  że musi wysłać innego konserwatora na pomoc uwięzionym gdzieś w windzie ludziom, tak samo jak mistrz serwisu zdawał sobie sprawę, że korygując comiesięczne scieżki, czyli przynalezność poszczególnych urządzeń do konserwatorów może zmienić niemal wszystko, ale nie to jedno. Od lat nikt nie mógł odebrać konserwacji schodów ruchomych znajdujących się w kamienicy Johna naszemu bohaterowi. Metalowe stopnie łączące trasę WZ z Placem Zamkowym były jego oczkiem w głowie, były dla niego jak pierworodne dziecko i faktycznie z tą pierworodnością coś rzeczywiście jest na rzeczy.

Dwa ciągi schodów ruchomych usytuowane właśnie w kamienicy Johna,  którymi każdego  dnia wielu turystów szybko i komfortowo wjeżdza na Plac Zamkowy by zobaczyć najbardziej rozpoznawalne historyczne miejsce Warszawy również ma swoją historię i to nawet o  wymiarze ogólnopolskim.  Cóż w nich tak wyjątkowego? A trzymając się ściśle prawdy historycznej co wyjątkowego jest w tym miejscu?
Otóż właśnie tutaj w 1949 roku zainstalowano pierwsze w Polsce schody ruchome. Ich mechanizm przyjechał do Warszawy ze wschodu a dokładnie z moskiewskiego Metrostroju będącego ich wykonawcą. Nowo oddana do użytku trasa WZ oprócz tego, że miała rozwiązywać problemy komunikacyjne odgruzowywanej mozolnie Warszawy miała być przecież także propagandową wizytówką nowej władzy.
W związku z tym każdy jej szczegół musiał robić stosowne wrażenie. Tak też stało się i ze schodami. Aby mogły swobodnie funkcjonować zdecydowano się nawet na specjalne wydłużenie o 80 centymetrów odbudowywanej równolegle historycznej kamienicy w której znajdowało się do nich wejście.
Otoczenie schodów też nie jest przypadkowe nawiązując ewidentnie do wystroju stacji moskiewskiego metra. 
Razem w boju, jedno z pierwszych
socrealistycznych dzieł
Mówiło się,  że radziecki ambasador pomimo tego narzekał podczas uroczystej ceremonii otwarcia, iż jest ono mimo wszystko zbyt skromne  a tak nowoczesne  na ten czas urządzenie powinno otaczać coś więcej niż tylko ściany z brązowego klinkieru. Jednak to nie było wszystko. Do dziś zachowały się oryginalne lastrykowe posadzki i mosiężne kinkiety, a co bardziej wrażliwi na sztukę przechodnie w trakcie przejażdżki mogą zobaczyć dopełniające całości socrealistyczne płaskorzeżby Jerzego Jarnuszkiewicza  "Razem w boju" i "Razem w odbudowie ". Mimo iż sam mechanizm był już oczywiście wymieniany to w otoczeniu schodów zachowano się do dziś wiele oryginalnych elementów związanych z ich pierwszym uruchomieniem w 1949 roku jak również całą późniejszą eksploatacją. Można zobaczyć je  w gablotach wiszących na ścianach. Wiele zgromadzonych tam elementów dziś wywołuje uśmiech, ale kiedyś pełniły swą funkcję całkiem serio.

A nasz bohater? No cóż. Odłożył telefon, skończył smarować łańcuch napędowy, sprawdził kontakty, wloty poręczy i grzebienie (bo turystyczna jak i miejscowa stonka zawsze przecież może je czymś zapchać  zwykł mawiać z przekąsem i nieukrywanym żalem) i dopiero dobrze po północy udał się na lekki mu spoczynek, wszak mógł to uczynić jedynie mając świadomość że jego umiłowane dziecko jest w pełni gotowe do dalszej pracy.


Warto dokładnie przeanalizować przed podróżą

wtorek, 1 listopada 2011

Dancing na dachu w różnych postaciach, czyli powszechny program neonizacji...

Ostatnimi czasy modnym tematem w szeroko pojętym światku varsavianistycznym stało się zagadnienie neonów warszawskich. A to w zeszłym roku ukazał się album Jarosława Zielińskiego pt. Neony. Ulotny ornament warszawskiej nocy, a to od jakiegoś czasu coraz głośniej o nowopowstałym, coraz dynamiczniej rozwijającym się Muzeum Neonów, które choć nie ma jeszcze swojej stałej siedziby już posiada całkiem szeroką kolekcję starych neonów z Warszawy i nie tylko, tych które na tyle mocno wpisały się w krajobraz miejski dzięki znakomitej ręce projektanta, że wyrzucenie ich  na śmietnik byłoby czystym barbarzyństwem.

Dancing na Nowym Świecie to nie tylko napis,
lecz również opadające poniżej z gracją nuty,
 wyobraźcie sobie pełen efekt nocą
 O modzie na neony, a przede wszystkim ratowanie i rewiatalizację tych historycznych świadczą też coraz częstsze spotkania poświęcone szklanym rurkom z wkładką w postaci szlachetnego gazu. Choćby w programie niedawno zakończonego organizowanego przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie festiwalu Warszawa w budowie każdy zainteresowany mógł znaleźć coś dla siebie i udać się na spotkanie poświęcone tej tematyce. I ja uległem trendowi, zjawiając się tam wiedziony jak do piekła - bo przez ciekawość. Trzeba przyznać, że momentami rzeczywiście zrobiło się dość gorąco, a kilku osobom na sali wyraźnie podniosło się ciśnienie. Abstrahując od szczegółów tej pełnej dramaturgii dysputy (chyba znów zaczynam witać się z koleżanką ironią)  gdzie wypowiedzi reprezentującego magistrat urzędnika jak i reakcja na nie części gości pokazały, że o wzajeme zrozumienie może być ciężko i nawet na pozór niewinny i przyjemny temat historii, teraźniejszości i przyszłości rurek, które nie dość że świecą to jeszcze charakterystycznie bzyczą może  rozgrzać do czerwoności. To zresztą naturalny kolor neonu, gdy przepływa przezeń prąd. Dla uzyskania innych kolorów w neonie niezbędną jest już specjalna proszkowa domieszka luminoforu.
Metaliczny korpus globusa Orbisu
 w dzień świeci światłem odbitym...
Ale wracając do tematu głównego ta moda nie wynika tylko z kaprysu zmanierowanej warszawki, okazuje się bowiem, że  Warszawa dawno neonami stała.
 Już okres międzywojenny przyniósł prawdziwy zalew tej nowej wówczas formy reklamy, a stelaże podtrzymujące neony wyrastały na dachach oraz elewacjach wielu budynków jak grzyby po deszczu. I po wojnie proces neonizacji miał się dobrze. Zapotrzebowanie było tak duże iż jedyna zajmująca się wówczas ich produkcją państwowa firma Reklama, która rozpoczęła swą działalność w roku 1956 listę zleceń do wykonania miała wypełnioną na kilka lat do przodu.


... ale w nocy już w pełni własnym.
Ciemna strona Ziemi
                                                           
Set point czy pojedynczy blok?
To właśnie z jej warsztatów wyszły neony takie jak choćby ten na odcinku Nowego Świata pomiędzy rondem de Gaulle'a a Placem Trzech Krzyży przedstawiający stylizowany napis DANCING, posadowiony na dachu tamtejszej kamienicy w 1962 roku. Obecnie niestety jego konstrukcja jest do zobaczenia już tylko w dzień. Niesprawny, czeka lepszych czasów, aż znajdzie się ktoś kto tchnie w niego drugie życie. Więcej szczęścia miała o rok starsza tzw. siatkarka z Placu Konstytucji. Ta powstała w 1961 roku reklama była reklamą znajdującego się w tym miejscu przez wiele lat sklepu sportowego. Przedstawia kobiecą sylwetkę odbijającą piłkę, która z samego dachu opada stopniowo wzdłuż obrysu budynku praktycznie do poziomu sklepowych witryn. Na koniec nie sposób nie wspomnieć o jednym z najbardziej efektownych warszawskich neonów, jeśli nie najbardziej spektakularnmym czyli trójwymiarowym globusie Orbisu u zbiegu Alej Jerozolimskich z Bracką. Najstarszy z tu wspomnianych, bo świecący już od 1951 roku początkowo miał nieco odmienną formę. Do 1971 roku jedynie obrysy kontynentów wykonane były ze świecących rurek. Dopiero po tej dacie zostały one zastąpione metalowymi kształtami lądów podczas gdy oceaniczne wody nabrały błękitno-czerwonej poświaty. Co warto odnotować, długość wszystkich rurek w nim wykorzystanych przekracza... kilometr.
  Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości czy ulec neonowej modzie czy zaprzedać duszę bezdusznym reklamom LED niech  posłucha pana Stanisława... 



niedziela, 30 października 2011

Śpiący, grający, tańczący i kiwający się czyli... będzie wyjątkowo monumentalnie

Mówi się, że dobry przewodnik miejski  powinien potrafić połączyć umiejętnie w zwartą historię i powiązać ze sobą niemal wszystko. Pełnego eklektyzmu nie opanowałem więc takich prób nie bedę podejmował, ale w związku z tym że w stolicy ostatnio dużo dzieje się  w dziedzinie na codzień raczej statecznej, a nawet skamieniałej bo tyczącej pomników postanowiłem właśnie na tym zagadnieniu skupić swą uwagę. Co prawda tym razem ograniczymy się jedynie do kilku pomników, ale żeby nie być posądzonym o całkowitą maliznę i łatwiznę postaram się znaleźć kilka łączących je  faktów i cech  poza tym, że wszystkie pomnikami warszawskimi bezdyskusyjnie są.
Pomnik Braterstwa Broni w fazie demontażu.
Jedyna okazja by zobaczyć cokół
 z przedwojennymi tradycjami.
Zacznijmy od Pomnika Braterstwa Broni. Każdy warszawiak powie, że chodzi po prostu o czterech śpiących na skrzyżowaniu Alej Solidarności z Targową przy Wileniaku. Nie chcę być małostkowym, ale skoro tak to pełna potoczna nazwa brzmi czterech śpiących, trzech walczących. Tłumaczyć jej genezy nie trzeba, każdy kto zobaczy pomnik sam sobie na to łatwo odpowie. Śpieszę natomiast wyjaśnić dlaczego zaczynam akurat od tego pomnika. I tu mogę pozwolić sobie na komfort posłużenia się się aż dwoma interpretacjami. Po pierwsze, to właśnie ten pomnik jest obecnie relokowany - co  zasadniczo nie leży przecież  w  pomnikowej naturze - w związku z budową praskiego odcinka metra. Akurat w przypadku tej siódemki nawet pomimo pozornej senności części grona, taka wędrówka nie jest jednak niczym nowym. Już w roku 1967 monument został przemieszczony o kilka metrów na wschód w zwiazku z ówczesną przebudową skrzyżowania. Drugim, jeszcze prostszym wyjaśnieniem którego mogę uzyć dla uzasadnienia dlaczego zaczynam własńie od niego może być też to , że był on po prostu pierwszy. Rzecz jasna nie pierwszym w ogóle, ale warto przypomnieć w tym miejscu, że to pierwszy pomnik wystawiony w stolicy po zakończeniu II wojny światowej. Ceremonia jego odsłonięcia odbyła się już 18 listopada 1945.
Pomnik księdza Ignacego Skorupki - dynamizm czystej postaci 
 Pośpiech ten mający oczywiście swe ideologiczne uwarunkowania można zauważyć jednak nie tylko w dacie odsłonięcia, lecz również i to znacznie bardziej ciekawy wątek przyglądając się bliżej materiałom użytym do jego wykonaniu. I tak początkowo wszystkie figury żołnierzy przygotowane zostały jako gipsowe odlewy. Dopiero w 1947 roku zastąpiono je właściwymi odlanymi z brązu. Brąz ten pochodził z zasobów tego kruszcu zabezpieczonych w Berlinie po zdobyciu stolicy III Rzeszy przez wojska radzieckie. Istotnym w całej tej historii jest to, a i symboliczna wymowa nie była tu bez znaczenia, iż  pochodzi on prawdopodobnie z przetopienia zdobycznej niemieckiej amunicji. W obiegu funkcjonuje jednak wersja jeszcze bardziej intrygująca. Według niej nie można wykluczyć iż, ten berliński brąz mógł pochodzić ze zdemontowanych i wywiezionych do Niemiec w czasie wojny, a następnie tam przetopionych, polskich pomników, w tym także kilku warszawskich. Przykład? Doskonałym będzie pomnik Chopina z Łazienek. Jak wiemy w 1940 roku Niemcy wysadzili go w powietrze, by po pocięciu palnikami uzyskane w ten sposób fragmenty przetransportować koleją na zachód. Namacalny dowód tego zdarzenia stanowi mało znana fotografia przedstawiająca pozostałości pomnika, w tym głowę kompozytora umieszczone na kolejowej lorze w drodze do Rzeszy.

Unikatowe zdjęcie wykonane pod Łowiczem w 1940 r. ukazuje
niemiecki transport kolejowy wywożący do Rzeszy wysadzone
elementy pomnika Chopina z Łazienek
Wobec tych faktów nie można więc całkowicie wykluczyć, że postaci żołnierzy z monumentu na Targowej nie zawierają w sobie fragmentów przedwojennego Chopina z Łazienek! Dzięki brązowi udało nam się powiązać Fryderyka Chopina z polskimi żołnierzami i radzieckimi sołdatami, a czy przyglądając się bliżej cokołowi pomnika Braterstwa Broni znajdziemy też jakieś niespodziewane związki? O tak, co więcej tu znów swoje piętno odciśnie pośpiech w pracach przy jego wystawianiu. Dla skrócenia przebiegu całości prac  w tym elemencie posłużono się albowiem już istniejącym cokołem, który powstał jeszcze przed wojną z myślą o upamiętnieniu postaci księdza Ignacego Skorupki. Jak to? Przecież nie kłaniający się bolszewickim kulom kapelan ma swój pomnik, zresztą niedaleko, bo również przy praskim odcinku Alej Solidarności, tyle że przed katedrą św. Floriana. Co więcej duchowny stoi tam na pokaźnych rozmiarów cokole. Owszem, pamiętać jednak trzeba, że całość włącznie z cokołem pochodzi dopiero z 2005 roku i jest jednym z najmłodszych warszwskich dzieł Andrzeja Renesa. O ile pomnik Braterstwa Broni jest dla niektórych kontrowersyjny z racji uczczonych tak obok polskich także radzieckich żołnierzy, to ten sprzed praskiej katedry budzi inne kontrowersje. Tym razem chodzi nie tyle o upamiętnianą postać księdza, który zginął 14 sierpnia 1920 roku w okolicach Ossowa szturmując w pierwszym szeregu z polskimi żołnierzami bolszewickie pozycje, co ze względu na kształt i układ spiżowej sylwetki duchownego, którą wielu warszawiaków uważa za delikatnie mówiąc średnio udaną. Mniej przebierający w słowach wspominają  nawet o tańcu świętego Wita czy duchownym odpowiadającym na pytanie którędy do ZOO.


Guma zwyczajowo swobodny
 i nieformalny
Ale te kontrowersje są niczym przy kontrowersjach jakie wywołała inna pomnikowa sylwetka. Aby móc cały czas zachować choć pozory spójności i logiczności mego wywodu powiem, że i tu mamy do czynienia z monumentem znajdującym się na Pradze,  budzącej mieszane odczucia estetyczne części społeczeństwa  sylwetce głównego bohatera, nietypową historią związaną z materiałem użytym do jego wykonania i wreszcie również dość dużą ruchliwością samego dzieła, wręcz międzynarodowych jego wojażach i tendencji do znikania. W ten oto tylko nieco karkołomny sposób pozwoliłem sobie przejść do pomnika Pana Gumy usytuowanego jeszcze do niedawna na skrzyżowaniu ulic Czynszowej i Stalowej.  Do niedawna, gdyż pomnik odsłonięty dwa lata temu, bo w grudniu 2009 roku zdążył już parokrotnie opuścić czasowo swą docelową lokalizację. Wynikało to z faktu iż z racji swej nietypowości jak i stosunkowo bezproblemowej możliwości transportu zdążył już uczestniczyć  na międzynarodowej wystawie, a ostatnio ponownie opuścił swoje uliczne lokum by poddać się niezbędnej konserwacji. Już po dwóch latach? Mogłoby to wydawać się dziwne gdyby nie fakt, że pomnik jest wykonany nie ze spiżu, brązu czy nawet granitu, a ze specjalnego tworzywa nieco przypominającego gumę. Sama nazwa jednak nie wynika z matriału użytego do wykonania figury. Jej genezy należy upatrywać w  fakcie, iż pierwowzorem figury praskiego pijaczka był niejaki pan Zbyszek, który to właśnie w tym miejscu, pod znajdującym się tu sklepem monopolowym bardzo często spędzał całe dnie. A że w tym czasie zwykł kiwać się w charakterystyczny dla siebie sposób został ochrzczony przez dzieci mianem Pana Gumy. Już widzę to oburzenie rysujące sie na twarzach niektórych. Ale jak to? Pomnik alkoholikowi i pijakowi, za co, dlaczego? Kto wpadł na taki pomysł? Nieco światła na tę sytuację rzuci na pewno historia jego powstania. Otóż autorem i inicjatorem całego przedsięwzięcia był znany warszawski performer Paweł Althamer, który prowadząc swego czasu zajęcia z dziećmi i młodzieżą w ramach Grupy Pedagogiki i Animacji Społecznej na Pradze Północ zaproponował aby to one wskazały jakąś osobę niekoniecznie zasłużoną, ale za to rozpoznawalną lokalnie która możnaby na Pradze uwiecznić. Skoro słowo się rzekło trzeba było być konsekwentnym, a że dzieci jako postać bezdyskusyjnie charakterystyczną i rozpoznawalną wskazały wspomnianego pana Zbyszka vel Pan Guma. stał stał sie on mimowolnym modelem. Zresztą warto podkreślić że przy wykonaniu samej figury, aktywny udział brali czterej chłopcy dla których była to przede wszystkim możliwość oderwania się od niewesołej rzeczywistości wielu praskich rodzin. Jeszcze jeden szczegół by historia tego posta zatoczyć mogła pełne koło. Tak się składa że odlew figury Pana Gumy wykonano w Berlinie, ale w tym przypadku istnieje akurat pewność co do jednego, żadna amunicja ani  inne warszawskie pomniki w tym procesie nie ucierpiały. I tak oto  od pomnika  Braterstwa Broni, poprzez pomniki Chopina i księdza Ignacego Skorupki dotarliśmy do pomnika Pana Gumy. Takie rzeczy tylko w Warszawie.

sobota, 22 października 2011

Amfiteatr przy Placu Trzech Krzyży, czyli wielkich planów kilka

Idea dzielnicy reprezentacyjnej marszałka Józefa Piłsudskiego, tereny gigantycznej wystawy światowej na Pradze, plan Pabsta, trzy linie metra głębokiego czy wreszcie socrealistyczne wizja znacznie obszerniejsza niż tylko MDM. To wszystko jak najbardziej tyczy się Warszawy, co więcej było w głęboko zaawansowanej fazie planowania. Podobnie zresztą jak i mój plan zamieszczenia tutaj posta o nieco innej tematyce dopóki nie natrafiłem na dokument pt. Widma Warszawy niezaistniałej i... już nie mogłem go tu nie zamieścić. Ten kilkunastominutowy film w zwięzły ale niezwykle obrazowy sposób pokazuje jak miała i mogła wyglądać Warszawa, jak prawie wygladała. Nawet jeśli wcześniej słyszeliście lub czytaliście już o tych planach to materiał ten zawiera niesamowicie obrazowe symulacje alternatywnego wyglądu najważniejszych miejsc stolicy i pomaga uzmysłowić sobie z projektami jakiej skali tak naprawdę mieliśmy do czynienia. Jeśli planowaliście więc coś innego, zmiencie plany na najbliższe minuty, bo to po prostu warto zobaczyć.

środa, 28 września 2011

(Nie) zwykły dom, czyli Niepodległości 219

Dziś zaczniemy od przypomnienia pewnego fragmentu Pianisty Romana Polańskiego...


Istniejący do dziś budynek przy Niepodległości 219
Sceny te w rzeczywistości rozegrały się w budynku przy skrzyżowaniu Alei Niepodległości i Wawelskiej. To właśnie na jego poddaszu Władysław Szpilman doczekał wyzwolenia Warszawy i o mało nie zginął z rąk radzieckich żołnierzy wzięty za niemieckiego marudera. Ale budynek przy Niepodległości 219 był tylko ostatnim z długiej listy adresów pod którymi przebywał po ucieczce z likwidowanego getta. Od 1942 roku kompozytor żydowskiego pochodzenia był zmuszony ukrywać się  kolejno na ul. Narbutta 8, Noakowskiego 10, Puławskiej 83, Narbutta 17, Fałata 2, Niepodległości 223 by wreszcie po pobycie w opuszczonym przez Niemców gmachu pobliskiego szpitala udało mu się przedostać się na wspomnianą Niepodległości 219. Tu też miało miejsce iście filmowe spotkanie kompozytora i twórcy m.in. sygnału Polskiej Kroniki Filmowej z niemieckim oficerem, który nie tylko nie wskazał jego kryjówki lecz także pomógł mu przetrwać ostatnie dni niemieckiej okupacji stolicy.
Miejsce schronienia kompozytora
od ulicy Sędziowskiej
Szpilman na strych częściowo spalonego budynku przy Niepodległości 219 przedostaje się w październiku 1944 od strony ul. Sędziowskiej, gdzie przejściowo ukrywa się także w znajdujących się tam willowych domkach. Ironią losu jest fakt, iż dół budynku od strony Niepodległości zajmują w tym czasie Niemcy. Wspomagany przez niemieckiego oficera Wilma Hosenfelda przetrwał tu do drugiej połowy stycznia 1945 roku gdy zaobserwowany przez niego z poddasza tłum ludności cywilnej wracającej do stolicy Aleją Niepodległości od strony Wisły uświadamia mu że miasto zostało wyzwolone po ponad 5-letniej wojennej okupacji. Historia która skrzyżowała w tym miejscu na krótko losy tej dwójki pokazuje, że przyzwoicie można zachować się zawsze i w każdej sytuacji, bez względu na okoliczności.

Całą opowieść o wojennych losach Władysława Szpilmana obok fabularyzowanej historii autorstwa Polańskiego znaleźć można również w dokumencie Władysław Szpilman - własnymi słowami. Do obejrzenia którego gorąco Was zachęcam.

poniedziałek, 26 września 2011

Maria w objęciach Czerenkowa, czyli podwarszawski reaktor badawczy

Zacznijmy od małej retrospekcji do roku 1958 kiedy to w otoczonym lasami Świerku pod Warszawą swój stan krytyczny, a przez to zdolność do pracy uzyskał pierwszy w Polsce reaktor jądrowy o imieniu Ewa.
Dlaczego EWA? Był to akronim słów Eksperymentalny, Wodny, Atomowy. Eksperymentalny dlatego, iż należał  do jednych z pierwszych reaktorów badawczych na świecie, wodny gdyż właśnie woda pełniła bardzo ważną rolę w technologii jego funkcjonowania będąc jednocześnie chłodziwem jak i moderatorem, czyli mówiąc najprościej spowalniaczem uwalnianych w reakcji łańcuchowej neutronów, wreszcie atomowy gdyż to właśnie wiązania atomowe cząstek były źródłem wytwarzanej przez niego energii.

Promieniowanie Czerenkowa - efekt błękitnej poświaty wody
wywołany przez promieniowanie zanurzonego w niej rdzenia
Ewa zakończyła swą pracę w roku 1995 kiedy to została definitywnie wyłączona. Jednakże i dziś w Świerku możemy na własne oczy zobaczyć unikatowy efekt promieniowania Czerenkowa przejawiający się świeceniem na niebiesko wody wokół zanurzonego w niej rdzenia reaktora. Tym razem za sprawą Marii. Jest ona młodszą siostrą Ewy. Rozpoczęła pracę w roku 1974 a geneza jej imienia jest tym razem mniej złożona - upamiętnia postać Marii Skłodowskiej-Curie. Podróż do serca Marii zaczynamy u bram istniejącego formalnie od zaledwie kilkunastu dni, Narodowego Centrum Badań Jądrowych. Powstało ono z połączenia funkcjonujących dotąd niezależnie Instytutu Problemów Jądrowych im. Andrzeja Sołdana i Instytutu Energii Atomowej POLATOM. Ta fuzja jest efektem przygotowań reaktywowanych niedawno przygotowań do budowy w naszym kraju pierwszej elektrowni atomowej. A propos pierwszego... to wrażenie jakie odnosimy na poczatku naszej wędrówki może mieć dość ambiwalentny charakter. Instytut jest mocno chroniony, podwójne ogrodzenia z drutem kolczastym czy wszędobylskie kamery to zapewne tylko jedne z elementów rozbudowanego i niejawnego do końca systemu zabezpieczeń ukazujące rangę tego miejsca. Z drugiej jednak strony przekraczając płot jakbyśmy przenieśli się co najmniej kilkanaście lat wstecz. A może to tu czas się zatrzymał, choć jego znamię widać właśnie aż nazbyt wyraźnie na niemal wszystkich otaczających nas obiektach i przedmiotach. Podróż w lata 70-te. Podjeżdzamy autokarem kilkaset metrów i zatrzymujemy się w pobliżu silosa reaktora. Jego charakterystyczny okrągły kształt widać już z daleka. Po wejściu do budynku z nim sąsiadującego czeka nas kolejna niespodzianka. Cała nasza grupa otrzymuje białe kitle. Do tego foliowe kapcie znane ze szpitali. To na wypadek gdyby ktoś miał zetknąć się nieświadomie z substancją radioaktywną. Prawdopodobieństwo takiej przygody jest znikome, ale ostre normy bezpieczeństwa mają swoje wymogi. Tu też napotykamy pierwsze dziwne dla przeciętnego człowieka urządzenie. Coś na wzór połączenia wielkiej szafy z wagą uliczną do tego posiadającą otwory okazuje się być dozymetrem, urządzeniem sprawdzającym dawkę ewentualnego promieniowania przyjętego przez człowieka. Wracając już z reaktora każdy się z nim obowiązkowo zapozna.

Sterownia - tu wstępu nie ma
Na razie wchodzimy na obszerną halę budynku gdzie możemy zobaczyć m.in. makietę obudowy rdzenia reaktora w skali 1:1 jak i kilka innych jego elementów składowych. Korzystając z ich pomocy znacznie łatwiej zrozumieć i wyobrazić sobie czym tak naprawdę jest reaktor atomowy i na czym polega mechanizm i fenomen jego funkcjonowania. Na końcu hali za szklanymi oknami widać pomieszczenie sterowni. To tu za pomocą setek mierników monitorowany  na bieżąco stan całego systemu.
Wreszcie stajemy przed drzwiami śluzy wiodącymi do reaktora. Stalowe drzwi grubości kilunastu centymetrów otwierają się przy akompaniamencie brzęczka alarmowego. Wchodzimy do środka. Tu musimy odczekać kilkanaście sekund na wyrównanie ciśnienia atmosferycznego. W hali reaktora utrzymywane jest bowiem ze względów technologicznych jak i bezpieczeństwa niewielkie podciśnienie. Kolejny dozymetr. Choć wygląda nieco inaczej pełni tę samą funkcję co napotkany przy wejściu do zakładu. Budująca napięcie niczym w filmach science-fiction forma przebadnia cieszy się popularnością także w naszej grupie.


Pręty bezpieczeństwa - nie mają prawa zawieść
Przeciwległe drzwi wpuszczają nas do najważniejszego pomieszczenia całego instytutu. Mrocznie oświetlona przemysłowa hala w pierwszej chwili budzi niepokój. Przed nami góruje wielki blok reaktora. Wspinamy się niewielkimi schodkami na górę. Po chwili stoimy już na płycie bezpośrednio go osłaniającej. W centralny punkcie wisi opleciona zwojem kabli metaliczna konstrukcja. Jak się okazuje to tzw. pręty bezpieczeństwa - element służący do natychmiastowego wygaszenia reaktora. Zawieszone na elektromagnesach w razie konieczności zwolnione, grawitacyjnie opadają do rdzenia zatrzymując reakcję łańcuchową rozszepiania atomów w nim zachodzącą. To najpewniejsze rozwiązanie. W Czarnobylu były umieszczone na uzależnionych od zasilania silników, które w krytycznym momencie zawiodły. Tu zagrożenie to nie ma możliwości zaistnienia.

Dostęp do zbiornika reaktora możliwy jest dzięki szeregowi
specjalnych włazów i zaworów
W płycie pokrywy reaktora przez niewielki wziernik zobaczyć możemy rozświetloną na błękitny kolor wodę - tzw. efekt Czerenkowa. Oprócz tego w różnych miejscach jest gęsto pokryta swoistymi zaślepkami. To przez nie wprowadza się m.in. klucze służące do regulacji zaworów znajdujących się na dnie zbiornika (niektóre takie kluczyki mają nawet ponad 9 metrów długości), jak również materiał który ma ulec kontrolowanemu napromieniowaniu. Reaktor w Świerku jest bowiem jedynym w Polsce i jednym z 7 reaktorów badawczych na świecie produkującym m.in. izotopy wykorzystywane w medycynie przede wszystkim walce z nowotworami. To jednak jedynie jedno z wielu jego zastosowań.


Manipulator w potężnej i grubej ścianie
komory gorącej. Umożliwia operatorowi
bezpieczną pracę z dowolnym wydobytym
z reaktora materiałem.
Paliwem dla reaktora są kapsułki uranowe tworzące tym razem pręty paliwowe zamknięte w specjalnych kasetach. Wszystko to otoczone jest zbiornikiem wodnym, gdyż to właśnie woda jest najlepszą osłoną biologiczną dla promieniowania. Jednak nie tylko rdzeń znajduje się w zbiorniku wodnym. Pod płytą na której stoimy znajduje się także zbiornik służący do czasowego przechowywania zużytych prętów paliwowych. Cały ten układ z kolei zakończony jest tzw. komorą gorącą. To do niej w bezpieczny sposób można przetransportować  promieniotwórwcze elementy  samego rdzenia jak i te w nim napromieniowane by już w jej wnętrzu za pomocą specjalnych mechanicznych manipulatorów np. zapakować i przygotować do dalszego transportu.
Manipulatorom znacznie bliżej przyjrzeć się można w Laboratorium Badań Materiałowych, które odwiedzamy po opuszczeniu budynku mieszczącego Marię. W tej jednostce przeprowadza się z kolei badania nad wpływem promieniowania jonizującego na różnego rodzaju materiały. Mechaniczne ramię w rękach doświadczonego operatora jest niezwykle precyzyjne. Ta precyzja ma też swoją cenę. Jedno takie cacko kosztuje ponad 54 tys. dolarów.

Na koniec zwiedzania kompleksu w Świerku czeka nas jeszcze prezentacja i wykład na temat energii atomowej a także jej zastosowania i bezpieczeństwa, tu każdy ma okazję uzyskać odpowiedź na zrodzone w trakcie wycieczki pytania. Tak napromieniowani... wiedzą ruszamy w drogę powrotną do Warszawy.