poniedziałek, 6 lutego 2012

Zapraszam na spacer, czyli Międzynarodowy Dzień Przewodnika Turystycznego 2012 w Warszawie - WSTĘP WOLNY

Nad, pod, na i przy Polu, czyli Pole Mokotowskie i okolice wczoraj i dziś START: skrzyżowanie Al. Niepodległości, Wawelskiej i Al. Armii Ludowej, TERMIN: 26.02.2012, niedziela, godz. 11.00, W RAMACH: Międzynarodowego Dnia Przewodnika Turystycznego 2012. PATRONAT: Warszawski Oddział Przewodników PTTK oraz Fundacja Varsaviana. CEL: Dobra zabawa z historią i współczesnością stolicy w tle. FORMA: Spacer z przewodnikiem miejskim, który będzie próbował ogarnąć sytuację. TREŚĆ, ZWANA TAKŻE MERITUM: Pole Mokotowskie. OSTRZEŻENIA: Wątek zasadniczy będzie atakowany szeregiem wymykających się spod kontroli i nieprzewidywalnych dygresji. UWAGI DODATKOWE: Wszyscy zainteresowani, ostatecznie i Ci znudzeni, mile widziani. Zapraszam do udziału! Wstęp wolny
PEŁNY PROGRAM: Program_miedzynarodowy_dzien_przewodnika_2012.pdf

czwartek, 19 stycznia 2012

Żona wyklnie, dzieci wyrzekną się, teściowa mnie napieprzy, czyli... 20zł za taki abażur!

Całuje i ściskam wszystkich czytelników bardzo gorąco! Moi drodzy mam bardzo dobrą wiadomość! Idziemy dzisiaj na zakupy. Prawdziwe szaleństwo! A w stolicy jest gdzie  poszaleć: Arkadia, Złote Tarasy, Galeria Mokotów, Blue City, Sadyba Best Mall, Wola Park. Już zacieram ręce! Oczywiście jako zagorzały orędownik tego typu wypadów, muszę zacząć od tego, że nie dalej jak kilka dni temu wpadły w me oko wyjątkowej urody biodrówki i przyznam - musiałem Wam skrobnąć o tym parę słówek, bo zwariowałem kompletnie na ich punkcie...
Konsternacja- zmieszanie, zakłopotanie, konfuzja, podniecenie wywołane zaskakującym, niespodziewanym wydarzeniem, niefortunnym obrotem sprawy, nietaktem, rozczarowaniem; Etym. - łac. consternatio -niepokój, zmieszanie;]
Przepraszam ten wpis miał być na inny blog...
Konsternacja podwójna- podwójne zmieszanie, zakłopotanie, konfuzja, podniecenie wywołane zaskakującym, niespodziewanym wydarzeniem, niefortunnym obrotem sprawy, nietaktem, rozczarowaniem; Etym. - łac. consternatio -niepokój, zmieszanie;]
Oprócz tego,że coraz cześciej zastanawiam się czy jestem w stanie pisać normalnie, chciałbym dziś wspomnieć o trzech moim zdaniem wyjątkowo ciekawych a zarazem charakterystycznych dla Warszawy miejscach związanych z handlem właśnie. I choć nie będą to ani współcześnie funkcjonujące i dominujące w stolicy gigantyczne centra handlowe ani ich najstarsi antenaci w postaci staromiejskiego rynku, czy sąsiadujących z nim w bardzo małej odległości rynków solnego na Szerokim Dunaju i nowomiejskiego to chyba właśnie je często uznaje się za najbardziej oddające tzw. warsiawskiego ducha.

Gościnny Dwór przy Placu Żelaznej Bramy. Z tego ujęcia
najlepiej widać charakterystyczny kształt jak i dobudowne
w późniejszym okresie na wewnętrznym placu stragany
Zdjęcie za: http://www.warszawa1939.pl/
Pierwszym z nich  i zdecydowanie najmniej znanym jest tzw. Gościnny Dwór. Istniał od roku 1841 do 1939 kiedy to spłonął pod naporem niemieckich bomb.Trzymajmy się jednak chronologii. Idea jego powstania wynikła z chęci uporządkowania przez XIX-wieczne władze rosyjskie miejskiego handlu, który mocno wymykał się wówczas spod kontroli. To akurat trudno jednak uznać za specyfikę tylko tamtego okresu. Ówczesny magistrat wpadł na pomysł stworzenia obiektu handlowego z prawdziwego zdarzenia. Jako, że szczególnie intensywnie w pierwszej połowie XIX wieku rozkwitał on w rejonie ówczesnego Placu za Żelazną Bramą właśnie tam postanowiono usytuować mający służyć temu celowi obiekt.

Główne wejście do Gościnnego Dworu było usytuowane
vis a vis Pałacu Lubomirskich (w 1970 r został obrócony
 o 78 stopni). Nad wejściem zwróćcie uwagę na charakterystyczną
sylwetkę, na podstawie której z dużą dozą prawdopodobieństwa
zaryzykuję stwierdzenie, że to Hermes - patron kupców. 
Zadanie zaprojektowania go powierzono architektowi Janowi Gayowi, choć jego postać nie jest tu szczególnie istotną biorąc pod uwagę fakt, iż pawilon ten jak zresztą i jego nazwa były wzorowane  na powstających ówcześnie w Rosji carskiej podobnych pawilonach handlowych. Ostatecznie przyjął on trójkątny kształt z mocno zaokrąglonymi rogami, a cala konstrukcja zasadniczo opierała się na żeliwnych słupach (żeliwo zresztą przeżywało wówczas prawdziwy bum jeśli chodzi o wykorzystanie przez architektów, także warszawskich, czego świetnym przykładem może być choćby oparcie na nim powstałego niemal w tym samym czasie kościoła św. Karola Boromeusza na ulicy Chłodnej (spróbujcie zastukać mocniej w jego filary). Wracając jednak do Gościnnego Dworu to pierwotnie stoiska kupców znajdowały się jedynie pod  tą nazwijmy to obwarzankową konstrukcją. Centralny plac był bowiem pusty. Jednak tylko do czasu. Popularność tego miejsca szybko sprawiła, iż koniecznym okazało się zabudowanie poprzecznie ulożonymi i zadaszonymi straganami także i tej przestrzeni. W tym kształcie to XIX-wieczne centrum handlowe przetrwało aż do początku II wojny światowej kiedy to jego żywot definitywnie zakończyły wspomniane wcześniej siły Luftwaffe. O tym jak miejsce to tętniło handlowym życiem niech świadczy fakt, że niemal po sąsiedzku na przelomie XIX i XX wieku powstały  Hale Mirowskie. Przypatrując się asortymentowi w nich dostępnemu obiekty nie tyle konkurowały z Dworem co wzajemnie się z nim uzupełniały, gdyż w Halach sprzedawano głównie świeże ryby i warzywa. W pewien sposób można to przyrównać do wzajemnej koegzystencji rynku staromiejskiego z rynkiem na Szerokim Dunaju które również miały swoje specjalizacje. Tu tym mniej przyjemnie pachnącym był ten drugi.

Ale lewobrzeżna Warszawa nie tylko Gościnnym Dworem stała. Kilkanaście lat po nim, bo już w 1867 powstało największe, tym razem odkryte targowisko Warszawy, czyli słynny Kercelak. O jego skali, którą oblicza się na ok.1,5 hektara niech świadczy fakt, iż zajmowało ono zarówno fragmenty ulicy Chłodnej, Towarowej, Okopowej oraz Leszno. I tu mieliśmy do czynienia z dość nietypowym kształtem, bowiem plac targowy często przyrównywano do kształtu odwróconej litery P. Mimo otwartej przestrzeni którą stanowił bazar i odwiedzających go codziennie tłumów nie można jednakm powiedzieć że panował tu chaos. Kupcy szybko zorganizowali się w taki sposób, że każdy rejon placu specjalizował się w określonym asortymencie. Swoje miejsce znaleźli tu handlujący np. kwiatami, swoje odzieżą czy żywnością. W odróżnieniu od Gościnnego Dworu Kercelak funkcjonował także przez większą część okupacji i był miejscem gdzie zaopatrzyć się można było praktycznie we wszystko, również słynną rąbankę przemycaną - pod nosem Niemców - z okalających Warszawę wiosek. Targowisko wskrzesiło się jeszcze na pewien czas po wyzwoleniu stolicy funkcjonując praktycznie pośród gruzów, jednak wraz z odbudową tego rejonu miasta, a przede wszystkim realizają trasy WZ musiało ustąpić pod naporem nowego ładu urbanistycznego.


Elsterska 1 - dom Władysława Różyckiego, powstał w modnym
w okresie międzywojennym w Polsce tzw. morskim stylu
(odzyskaliśmy wszak dostęp do Bałtyku).
Nieprzypadkowo więc budynek jest zwieńczony
 wieżyczką naśladującą kapitański mostek


I wreszcie esencja warszawskich bazarów, czyli bazar Różyckiego na Pradze. Najmłodszy z tu wspomnianych bo powstały w 1901 roku. Nazwę przyjął od swojego założyciela Juliana Różyckiego. Jednak choć to on zorganizował  targowisko sprawa jest nieco bardziej złożoną, gdyż za samego pomysłodawcę całego przedsięwzięcia uważa się niejakiego Manasa Rybę.  To  zresztą faktycznie on zarządzał  tą  praską agorą czyniąc to z ulokowanego przy wejściu od ul. Targowej domu, którego był właścicielem. Przedsięwzięcie to okazało się niezwykle trafionym i na tyle dochodowym  że w roku 1935 syn Różyckiego - Władysław m.in dzięki zyskom czerpanym z targowiska mógł pozwolić sobie na wystawienie nowego domu na Saskiej Kępie, będącej w okresie międzywojennym przecież jedną z najbardziej prestiżowych i dynamicznie rozwijających się dzielnic stolicy.

To się nazywa udany przykład małej architektury
- kiosk w kształcie syfonu stał się wizytówką bazaru
Różyckiego
Tak jak i o Kercelaku, o Różycu mówiono że można tu dostać wszystko i faktycznie w jego dziejach spotkamy wiele historii mocno uwiarygadniających tę tezę. W czasie okupacji przykładowo za jego pośrednictwem  w handlu pojawiły się bardzo liczne... żółwie, które prawdopodobnie przechwycono z niemieckich transportów. Oprócz towarów nietypowych czy wręcz unikatowych sprzedawano tu też rzecz jasna produkty podstawowe. Niektóre z nich stały się wręcz symbolami bazaru tak jak choćby sprzedawane na nim prosto z gara flaki czy pyzy. Innym symbolem targowiska w kwartale ulic Targowej, Ząbkowskiej, Brzeskiej i Kępnej stał się wielki syfon, a dokładniej budka w jego kształcie w której serwowano m.in. wodę gazowaną. Stał on centralnie nieopodal głównego wejścia, zapewne ku uciesze praskiej dziatwy. Bazar jako jedyny ze wspomnianych przetrwał do dzisiaj, lecz jego los jest niepewny. Nadzieją na przetrwanie, a być może i rewitalizację jest zbliżająca się ku końcowi sąsiadująca z bazarem inwestycja jaką będzie pierwsze muzeum na praskim brzegu Wisły, a ściśle rzecz ujmując Muzeum Warszawskiej Pragi. Jest na to szansa, gdyż ciekawie zaprojektowany muzealny kompleks  jeśli wszystko zostanie zrealizowane zgodnie z założeniami, zapowiada kryć w sobie niejedną zaskakującą atrakcje, ale o tym już wkrótce, teraz nabrałem ochoty na gorące pyzy, ewentualnie wątróbkę - wspomnianą tu już jakiś czas temu, co potwierdzi każdy uważny czytelnik.

niedziela, 8 stycznia 2012

Słowo się rzekło, kobyłka u płota, czyli... przewodnik po Wilanowie z certyfikatem od Lwa z Lechistanu

Zbliżający się koniec roku i mnie skłonił do kilku refleksji. Po dokonaniu podsumowań 2011, pozwoliłem sobie spojrzeć  jednak także w najbliższą  przyszłość, czyli rok 2012 z przewodniczej perspektywy. Nie będę Wam mówił wszystkiego co zobaczyłem - przyjedziecie do Warszawy to ujawnię i pokażę więcej ciekawych faktów - wspomnę jedynie, że mimo iż nad stolicą wisi przede wszystkim gigantyczna piłka spod znaku Euro2012, to spoza jej skórzanej sylwetki wyłania się jeszcze parę  innych miejsc, które zawrócą z pewnością w najbliższych miesiącach w głowie nie tylko kibicom kopanej. Jednym z najpoważniejszych ku temu pretendentów rozpychających się obok idealnie okrągłego dzieła Adidasa o wdzięcznej nazwie Tango12 jest... Wilanów, a dokładniej rzecz ujmując jego nadchodząca reaktywacja.
Na wiosnę 2012 roku planowane jest bowiem zakończenie największych od kilkunastu lat prac konserwatorskich tak we wnętrzu jak i pałacowych ogrodach. Na warsztat wzięte zostały kluczowe pomieszczenia w korpusie pałacowym, z sypialnią Sobieskiego na czele, czy gabinetem al Fresco. A zapewniam Was jest i będzie tam o czym opowiadać, a przede wszystkim co zobaczyć. Do tego od jakiegoś czasu atmosferę podgrzewają znający przebieg prac i ich efekty  pałacowi historycy i konserwatorzy sztuki, kórzy z sadystyczną wręcz tajemniczością każde me pytanie na temat prowadzonych prac konserwatorskich kwitują jedynie szarlatańskim uśmiechem i stwierdzeniem... to będzie prawdziwy hit! Pozostaje mi być ufnym w te zapewnienia, biorąc pod uwagę fakt, że sam kompleks ogrodowy po niedawnym otwarciu, mimo zimy już bije rekordy frekwencji. Strach pomyśleć co będzie się działo wiosną 2012.
Postanowiłem jednak przezornie przygotować się na to wszystko. Żeby nie być gołosłownym te pełne znoju i trudu przygotowania udało się zwieńczyć i potwierdzić kilka dni temu zacnie obramowanym certyfikatem.
A co do nie bycia gołosłownym, a także spoufalania się z Janem III Sobieskim przytoczę historię pewnego szlachcica...  
Jakub Zaleski, szlachcic spod Łukowa, po śmierci brata postanowił ubiegać się o urząd wójta. W tym celu udał się konno do stolicy, żeby prośbę osobiście królowi przedstawić. Po drodze imć Zaleski zatrzymał się w zajeździe, by się nieco posilić i wypocząć przed dalszą podróżą. W karczmie było gwarno, gdyż ważny jegomość z dworem wstąpił tam, wracając z polowania. Szlachcic Jakub usiadł przy stoliku obok nieznajomych, zamówił garniec miodu, a kiedy mu się humor poprawił, począł się chełpić, że do samego króla jedzie, żeby wójtostwo dla siebie wyprosić.
     - Nie opuszczę królewskich progów, zanim godności jakiejś znaczniejszej dla siebie nie zyskam - zapalał się, w miarę jak miód coraz bardziej szumiał mu w głowie. - Nie po to tyle wiorst przemierzam, by z pustymi rękami do Łukowa wracać.
      Pan, świtą liczną otoczony, wysłuchał owych słów, wąsa sumiastego podkręcając, a potem rzekł:
      - Co innego prośby wysłuchać, a co innego ją spełnić. Nawet król wszystkich próśb spełnić nie może. Jeśli dwóch o ten sam urząd zabiega, jednemu musi odmówić. Co zatem, waszmość, uczynisz, gdy król ci urzędu nie da?
      - Co? - zerwał się znad garnca z miodem imć Jakub Zaleski. - Niech wówczas moją kobyłkę w ogon pocałuje. Niech choć ona zaszczytu dostąpi, jeślim urzędu niegodzien. Gdy król jegomość pozwoli, to ją przed sam tron przyprowadzę - oświadczył chełpliwy szlachcic, budząc ogólną wesołość zebranych.
      Kiedy za kilka dni Jakub Zaleski stanął przed królewskim majestatem, zaniemówił: oto miał przed sobą owego wielmożę z zajazdu, przed którym się chełpił, że wójtostwo otrzymać musi, a jeśli król mu łaski odmówi, wtedy ma jego kobyłkę w ogon pocałować.
      Jan III Sobieski natychmiast poznał pana Jakuba: - Prośby swojej nie musisz mi, waszmość, przedstawiać, boć już o niej w zajeździe mówiłeś. Tylko co będzie, jeśli jej nie spełnię?
      - „Raz kozie śmierć!” - pomyślał szlachcic spod Łukowa. Otrząsnął się z lęku, a dojrzawszy w królewskich oczach wesołe ogniki, wypalił: - Słowo się rzekło, Wasza Królewska Mość. Kobyłka u płota.
Król zaś odparł:
      - Jeśli ktoś nie zapiera się swoich słów, choć mogłoby go to nawet na królewski gniew narazić, nie sprzeniewierzy się też słowu, że swoje obowiązki godnie pełnić będzie. Zostaniesz wójtem!

Ps.
Pozwólcie, że wspomnę o jeszcze jednej wilanowskiej atrakcji. We wrześniu ubiegłego roku elewacja Pałacu stała się ekranem wyjątkowego pokazu videomappingu. Perfekcyjne przygotowanie i efekt końcowy autentycznie zaparły dech wszystkich zgromadzonych gości. Świetna robota Panowie! W 2012 ma być jeszcze efektowniej... Niemożliwe? Ponoć nie ma rzeczy niemożliwych i tego się trzymajmy.
       

czwartek, 3 listopada 2011

Nie dla chorych na serce, czyli schody ruchome przy trasie WZ


Wejście do schodów ruchomych przy trasie WZ
Był późny wieczór, każdego innego dnia byłby to wyczekiwany zazwyczaj koniec dyżuru. Ale w tej chwili to nie miało najmniejszego znaczenia. Zasapany, umazany smarem z pietyzmem i największą precyzją dokręcał  gwinty. Zaraz znów będziecie jeździć moje biedactwa pełnym tkliwości i troski głosem mówił sam do siebie ocierając pot z czoła. Tę dziwaczną scenę zakłócił odgłos telefonu komórkowego.
- #$^^%$#@@ - syknął natychmiast, a pełne macieżyńskich emocji szepty w jednej chwili ustąpiły miejsca dzikiej wsciekłości. Czego znowu? - warknął do sluchawki. Co znowu zgłoszenie? Nie mam czasu, zajęty jestem, mam tu ważniejszą robotę! - I co z tego, że ludzie, niech nocny pojedzie ich uwolnić, ja jestem na wzetce... na moich schodach. Wymawiając te słowa znów uśmiech zagościł na jego licu.

W święta tylko do góry
Prowadzenie dalszej rozmowy czy użycie jakiejkolwiek racjonalnej argumentacji nie miało w tym momencie najmniejszego sensu i w firmie wszyscy doskonale o tym wiedzieli. Dyspozytor wiedział  że musi wysłać innego konserwatora na pomoc uwięzionym gdzieś w windzie ludziom, tak samo jak mistrz serwisu zdawał sobie sprawę, że korygując comiesięczne scieżki, czyli przynalezność poszczególnych urządzeń do konserwatorów może zmienić niemal wszystko, ale nie to jedno. Od lat nikt nie mógł odebrać konserwacji schodów ruchomych znajdujących się w kamienicy Johna naszemu bohaterowi. Metalowe stopnie łączące trasę WZ z Placem Zamkowym były jego oczkiem w głowie, były dla niego jak pierworodne dziecko i faktycznie z tą pierworodnością coś rzeczywiście jest na rzeczy.

Dwa ciągi schodów ruchomych usytuowane właśnie w kamienicy Johna,  którymi każdego  dnia wielu turystów szybko i komfortowo wjeżdza na Plac Zamkowy by zobaczyć najbardziej rozpoznawalne historyczne miejsce Warszawy również ma swoją historię i to nawet o  wymiarze ogólnopolskim.  Cóż w nich tak wyjątkowego? A trzymając się ściśle prawdy historycznej co wyjątkowego jest w tym miejscu?
Otóż właśnie tutaj w 1949 roku zainstalowano pierwsze w Polsce schody ruchome. Ich mechanizm przyjechał do Warszawy ze wschodu a dokładnie z moskiewskiego Metrostroju będącego ich wykonawcą. Nowo oddana do użytku trasa WZ oprócz tego, że miała rozwiązywać problemy komunikacyjne odgruzowywanej mozolnie Warszawy miała być przecież także propagandową wizytówką nowej władzy.
W związku z tym każdy jej szczegół musiał robić stosowne wrażenie. Tak też stało się i ze schodami. Aby mogły swobodnie funkcjonować zdecydowano się nawet na specjalne wydłużenie o 80 centymetrów odbudowywanej równolegle historycznej kamienicy w której znajdowało się do nich wejście.
Otoczenie schodów też nie jest przypadkowe nawiązując ewidentnie do wystroju stacji moskiewskiego metra. 
Razem w boju, jedno z pierwszych
socrealistycznych dzieł
Mówiło się,  że radziecki ambasador pomimo tego narzekał podczas uroczystej ceremonii otwarcia, iż jest ono mimo wszystko zbyt skromne  a tak nowoczesne  na ten czas urządzenie powinno otaczać coś więcej niż tylko ściany z brązowego klinkieru. Jednak to nie było wszystko. Do dziś zachowały się oryginalne lastrykowe posadzki i mosiężne kinkiety, a co bardziej wrażliwi na sztukę przechodnie w trakcie przejażdżki mogą zobaczyć dopełniające całości socrealistyczne płaskorzeżby Jerzego Jarnuszkiewicza  "Razem w boju" i "Razem w odbudowie ". Mimo iż sam mechanizm był już oczywiście wymieniany to w otoczeniu schodów zachowano się do dziś wiele oryginalnych elementów związanych z ich pierwszym uruchomieniem w 1949 roku jak również całą późniejszą eksploatacją. Można zobaczyć je  w gablotach wiszących na ścianach. Wiele zgromadzonych tam elementów dziś wywołuje uśmiech, ale kiedyś pełniły swą funkcję całkiem serio.

A nasz bohater? No cóż. Odłożył telefon, skończył smarować łańcuch napędowy, sprawdził kontakty, wloty poręczy i grzebienie (bo turystyczna jak i miejscowa stonka zawsze przecież może je czymś zapchać  zwykł mawiać z przekąsem i nieukrywanym żalem) i dopiero dobrze po północy udał się na lekki mu spoczynek, wszak mógł to uczynić jedynie mając świadomość że jego umiłowane dziecko jest w pełni gotowe do dalszej pracy.


Warto dokładnie przeanalizować przed podróżą

wtorek, 1 listopada 2011

Dancing na dachu w różnych postaciach, czyli powszechny program neonizacji...

Ostatnimi czasy modnym tematem w szeroko pojętym światku varsavianistycznym stało się zagadnienie neonów warszawskich. A to w zeszłym roku ukazał się album Jarosława Zielińskiego pt. Neony. Ulotny ornament warszawskiej nocy, a to od jakiegoś czasu coraz głośniej o nowopowstałym, coraz dynamiczniej rozwijającym się Muzeum Neonów, które choć nie ma jeszcze swojej stałej siedziby już posiada całkiem szeroką kolekcję starych neonów z Warszawy i nie tylko, tych które na tyle mocno wpisały się w krajobraz miejski dzięki znakomitej ręce projektanta, że wyrzucenie ich  na śmietnik byłoby czystym barbarzyństwem.

Dancing na Nowym Świecie to nie tylko napis,
lecz również opadające poniżej z gracją nuty,
 wyobraźcie sobie pełen efekt nocą
 O modzie na neony, a przede wszystkim ratowanie i rewiatalizację tych historycznych świadczą też coraz częstsze spotkania poświęcone szklanym rurkom z wkładką w postaci szlachetnego gazu. Choćby w programie niedawno zakończonego organizowanego przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie festiwalu Warszawa w budowie każdy zainteresowany mógł znaleźć coś dla siebie i udać się na spotkanie poświęcone tej tematyce. I ja uległem trendowi, zjawiając się tam wiedziony jak do piekła - bo przez ciekawość. Trzeba przyznać, że momentami rzeczywiście zrobiło się dość gorąco, a kilku osobom na sali wyraźnie podniosło się ciśnienie. Abstrahując od szczegółów tej pełnej dramaturgii dysputy (chyba znów zaczynam witać się z koleżanką ironią)  gdzie wypowiedzi reprezentującego magistrat urzędnika jak i reakcja na nie części gości pokazały, że o wzajeme zrozumienie może być ciężko i nawet na pozór niewinny i przyjemny temat historii, teraźniejszości i przyszłości rurek, które nie dość że świecą to jeszcze charakterystycznie bzyczą może  rozgrzać do czerwoności. To zresztą naturalny kolor neonu, gdy przepływa przezeń prąd. Dla uzyskania innych kolorów w neonie niezbędną jest już specjalna proszkowa domieszka luminoforu.
Metaliczny korpus globusa Orbisu
 w dzień świeci światłem odbitym...
Ale wracając do tematu głównego ta moda nie wynika tylko z kaprysu zmanierowanej warszawki, okazuje się bowiem, że  Warszawa dawno neonami stała.
 Już okres międzywojenny przyniósł prawdziwy zalew tej nowej wówczas formy reklamy, a stelaże podtrzymujące neony wyrastały na dachach oraz elewacjach wielu budynków jak grzyby po deszczu. I po wojnie proces neonizacji miał się dobrze. Zapotrzebowanie było tak duże iż jedyna zajmująca się wówczas ich produkcją państwowa firma Reklama, która rozpoczęła swą działalność w roku 1956 listę zleceń do wykonania miała wypełnioną na kilka lat do przodu.


... ale w nocy już w pełni własnym.
Ciemna strona Ziemi
                                                           
Set point czy pojedynczy blok?
To właśnie z jej warsztatów wyszły neony takie jak choćby ten na odcinku Nowego Świata pomiędzy rondem de Gaulle'a a Placem Trzech Krzyży przedstawiający stylizowany napis DANCING, posadowiony na dachu tamtejszej kamienicy w 1962 roku. Obecnie niestety jego konstrukcja jest do zobaczenia już tylko w dzień. Niesprawny, czeka lepszych czasów, aż znajdzie się ktoś kto tchnie w niego drugie życie. Więcej szczęścia miała o rok starsza tzw. siatkarka z Placu Konstytucji. Ta powstała w 1961 roku reklama była reklamą znajdującego się w tym miejscu przez wiele lat sklepu sportowego. Przedstawia kobiecą sylwetkę odbijającą piłkę, która z samego dachu opada stopniowo wzdłuż obrysu budynku praktycznie do poziomu sklepowych witryn. Na koniec nie sposób nie wspomnieć o jednym z najbardziej efektownych warszawskich neonów, jeśli nie najbardziej spektakularnmym czyli trójwymiarowym globusie Orbisu u zbiegu Alej Jerozolimskich z Bracką. Najstarszy z tu wspomnianych, bo świecący już od 1951 roku początkowo miał nieco odmienną formę. Do 1971 roku jedynie obrysy kontynentów wykonane były ze świecących rurek. Dopiero po tej dacie zostały one zastąpione metalowymi kształtami lądów podczas gdy oceaniczne wody nabrały błękitno-czerwonej poświaty. Co warto odnotować, długość wszystkich rurek w nim wykorzystanych przekracza... kilometr.
  Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości czy ulec neonowej modzie czy zaprzedać duszę bezdusznym reklamom LED niech  posłucha pana Stanisława... 



niedziela, 30 października 2011

Śpiący, grający, tańczący i kiwający się czyli... będzie wyjątkowo monumentalnie

Mówi się, że dobry przewodnik miejski  powinien potrafić połączyć umiejętnie w zwartą historię i powiązać ze sobą niemal wszystko. Pełnego eklektyzmu nie opanowałem więc takich prób nie bedę podejmował, ale w związku z tym że w stolicy ostatnio dużo dzieje się  w dziedzinie na codzień raczej statecznej, a nawet skamieniałej bo tyczącej pomników postanowiłem właśnie na tym zagadnieniu skupić swą uwagę. Co prawda tym razem ograniczymy się jedynie do kilku pomników, ale żeby nie być posądzonym o całkowitą maliznę i łatwiznę postaram się znaleźć kilka łączących je  faktów i cech  poza tym, że wszystkie pomnikami warszawskimi bezdyskusyjnie są.
Pomnik Braterstwa Broni w fazie demontażu.
Jedyna okazja by zobaczyć cokół
 z przedwojennymi tradycjami.
Zacznijmy od Pomnika Braterstwa Broni. Każdy warszawiak powie, że chodzi po prostu o czterech śpiących na skrzyżowaniu Alej Solidarności z Targową przy Wileniaku. Nie chcę być małostkowym, ale skoro tak to pełna potoczna nazwa brzmi czterech śpiących, trzech walczących. Tłumaczyć jej genezy nie trzeba, każdy kto zobaczy pomnik sam sobie na to łatwo odpowie. Śpieszę natomiast wyjaśnić dlaczego zaczynam akurat od tego pomnika. I tu mogę pozwolić sobie na komfort posłużenia się się aż dwoma interpretacjami. Po pierwsze, to właśnie ten pomnik jest obecnie relokowany - co  zasadniczo nie leży przecież  w  pomnikowej naturze - w związku z budową praskiego odcinka metra. Akurat w przypadku tej siódemki nawet pomimo pozornej senności części grona, taka wędrówka nie jest jednak niczym nowym. Już w roku 1967 monument został przemieszczony o kilka metrów na wschód w zwiazku z ówczesną przebudową skrzyżowania. Drugim, jeszcze prostszym wyjaśnieniem którego mogę uzyć dla uzasadnienia dlaczego zaczynam własńie od niego może być też to , że był on po prostu pierwszy. Rzecz jasna nie pierwszym w ogóle, ale warto przypomnieć w tym miejscu, że to pierwszy pomnik wystawiony w stolicy po zakończeniu II wojny światowej. Ceremonia jego odsłonięcia odbyła się już 18 listopada 1945.
Pomnik księdza Ignacego Skorupki - dynamizm czystej postaci 
 Pośpiech ten mający oczywiście swe ideologiczne uwarunkowania można zauważyć jednak nie tylko w dacie odsłonięcia, lecz również i to znacznie bardziej ciekawy wątek przyglądając się bliżej materiałom użytym do jego wykonaniu. I tak początkowo wszystkie figury żołnierzy przygotowane zostały jako gipsowe odlewy. Dopiero w 1947 roku zastąpiono je właściwymi odlanymi z brązu. Brąz ten pochodził z zasobów tego kruszcu zabezpieczonych w Berlinie po zdobyciu stolicy III Rzeszy przez wojska radzieckie. Istotnym w całej tej historii jest to, a i symboliczna wymowa nie była tu bez znaczenia, iż  pochodzi on prawdopodobnie z przetopienia zdobycznej niemieckiej amunicji. W obiegu funkcjonuje jednak wersja jeszcze bardziej intrygująca. Według niej nie można wykluczyć iż, ten berliński brąz mógł pochodzić ze zdemontowanych i wywiezionych do Niemiec w czasie wojny, a następnie tam przetopionych, polskich pomników, w tym także kilku warszawskich. Przykład? Doskonałym będzie pomnik Chopina z Łazienek. Jak wiemy w 1940 roku Niemcy wysadzili go w powietrze, by po pocięciu palnikami uzyskane w ten sposób fragmenty przetransportować koleją na zachód. Namacalny dowód tego zdarzenia stanowi mało znana fotografia przedstawiająca pozostałości pomnika, w tym głowę kompozytora umieszczone na kolejowej lorze w drodze do Rzeszy.

Unikatowe zdjęcie wykonane pod Łowiczem w 1940 r. ukazuje
niemiecki transport kolejowy wywożący do Rzeszy wysadzone
elementy pomnika Chopina z Łazienek
Wobec tych faktów nie można więc całkowicie wykluczyć, że postaci żołnierzy z monumentu na Targowej nie zawierają w sobie fragmentów przedwojennego Chopina z Łazienek! Dzięki brązowi udało nam się powiązać Fryderyka Chopina z polskimi żołnierzami i radzieckimi sołdatami, a czy przyglądając się bliżej cokołowi pomnika Braterstwa Broni znajdziemy też jakieś niespodziewane związki? O tak, co więcej tu znów swoje piętno odciśnie pośpiech w pracach przy jego wystawianiu. Dla skrócenia przebiegu całości prac  w tym elemencie posłużono się albowiem już istniejącym cokołem, który powstał jeszcze przed wojną z myślą o upamiętnieniu postaci księdza Ignacego Skorupki. Jak to? Przecież nie kłaniający się bolszewickim kulom kapelan ma swój pomnik, zresztą niedaleko, bo również przy praskim odcinku Alej Solidarności, tyle że przed katedrą św. Floriana. Co więcej duchowny stoi tam na pokaźnych rozmiarów cokole. Owszem, pamiętać jednak trzeba, że całość włącznie z cokołem pochodzi dopiero z 2005 roku i jest jednym z najmłodszych warszwskich dzieł Andrzeja Renesa. O ile pomnik Braterstwa Broni jest dla niektórych kontrowersyjny z racji uczczonych tak obok polskich także radzieckich żołnierzy, to ten sprzed praskiej katedry budzi inne kontrowersje. Tym razem chodzi nie tyle o upamiętnianą postać księdza, który zginął 14 sierpnia 1920 roku w okolicach Ossowa szturmując w pierwszym szeregu z polskimi żołnierzami bolszewickie pozycje, co ze względu na kształt i układ spiżowej sylwetki duchownego, którą wielu warszawiaków uważa za delikatnie mówiąc średnio udaną. Mniej przebierający w słowach wspominają  nawet o tańcu świętego Wita czy duchownym odpowiadającym na pytanie którędy do ZOO.


Guma zwyczajowo swobodny
 i nieformalny
Ale te kontrowersje są niczym przy kontrowersjach jakie wywołała inna pomnikowa sylwetka. Aby móc cały czas zachować choć pozory spójności i logiczności mego wywodu powiem, że i tu mamy do czynienia z monumentem znajdującym się na Pradze,  budzącej mieszane odczucia estetyczne części społeczeństwa  sylwetce głównego bohatera, nietypową historią związaną z materiałem użytym do jego wykonania i wreszcie również dość dużą ruchliwością samego dzieła, wręcz międzynarodowych jego wojażach i tendencji do znikania. W ten oto tylko nieco karkołomny sposób pozwoliłem sobie przejść do pomnika Pana Gumy usytuowanego jeszcze do niedawna na skrzyżowaniu ulic Czynszowej i Stalowej.  Do niedawna, gdyż pomnik odsłonięty dwa lata temu, bo w grudniu 2009 roku zdążył już parokrotnie opuścić czasowo swą docelową lokalizację. Wynikało to z faktu iż z racji swej nietypowości jak i stosunkowo bezproblemowej możliwości transportu zdążył już uczestniczyć  na międzynarodowej wystawie, a ostatnio ponownie opuścił swoje uliczne lokum by poddać się niezbędnej konserwacji. Już po dwóch latach? Mogłoby to wydawać się dziwne gdyby nie fakt, że pomnik jest wykonany nie ze spiżu, brązu czy nawet granitu, a ze specjalnego tworzywa nieco przypominającego gumę. Sama nazwa jednak nie wynika z matriału użytego do wykonania figury. Jej genezy należy upatrywać w  fakcie, iż pierwowzorem figury praskiego pijaczka był niejaki pan Zbyszek, który to właśnie w tym miejscu, pod znajdującym się tu sklepem monopolowym bardzo często spędzał całe dnie. A że w tym czasie zwykł kiwać się w charakterystyczny dla siebie sposób został ochrzczony przez dzieci mianem Pana Gumy. Już widzę to oburzenie rysujące sie na twarzach niektórych. Ale jak to? Pomnik alkoholikowi i pijakowi, za co, dlaczego? Kto wpadł na taki pomysł? Nieco światła na tę sytuację rzuci na pewno historia jego powstania. Otóż autorem i inicjatorem całego przedsięwzięcia był znany warszawski performer Paweł Althamer, który prowadząc swego czasu zajęcia z dziećmi i młodzieżą w ramach Grupy Pedagogiki i Animacji Społecznej na Pradze Północ zaproponował aby to one wskazały jakąś osobę niekoniecznie zasłużoną, ale za to rozpoznawalną lokalnie która możnaby na Pradze uwiecznić. Skoro słowo się rzekło trzeba było być konsekwentnym, a że dzieci jako postać bezdyskusyjnie charakterystyczną i rozpoznawalną wskazały wspomnianego pana Zbyszka vel Pan Guma. stał stał sie on mimowolnym modelem. Zresztą warto podkreślić że przy wykonaniu samej figury, aktywny udział brali czterej chłopcy dla których była to przede wszystkim możliwość oderwania się od niewesołej rzeczywistości wielu praskich rodzin. Jeszcze jeden szczegół by historia tego posta zatoczyć mogła pełne koło. Tak się składa że odlew figury Pana Gumy wykonano w Berlinie, ale w tym przypadku istnieje akurat pewność co do jednego, żadna amunicja ani  inne warszawskie pomniki w tym procesie nie ucierpiały. I tak oto  od pomnika  Braterstwa Broni, poprzez pomniki Chopina i księdza Ignacego Skorupki dotarliśmy do pomnika Pana Gumy. Takie rzeczy tylko w Warszawie.