Ciężkie kilkusetkilogramowe bomby lotnicze stykają się z brukiem Warszawy. Jedna z nich ląduje prawie w sercu miasta, w bezpośrednim sąsiedztwie ronda de Gaulle'a na przystanku przed potężnym gmachem Banku Gospodarki Krajowej. Jednak budynek ani drgnie, czyżby jego konstrukcja była aż tak wytrzymała?
Wśród mieszkańców stolicy nie widać najmniejszych nawet oznak paniki. Panuje absolutny spokój, a miejskie życie biegnie dalej niczym nie zakłóconym rytmem. Co więcej, wielu z nich gromadzi się beztrosko w bezpośrednim sąsiedztwie gigantycznego pocisku... czekają na tramwaj.
Atrapa bomby w okresie międzywojennym
Czy wojenna rzeczywistość z czasem jest w stanie aż w takim stopniu zagluszyć nawet najbardziej pierwotny samozachowawczy instynkt ?
Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak mamy do czynienia z historią prawdziwą.
Kiedy sceny te miały miejsce? Czy 25 września 1939 roku podczas tzw. lanego poniedziałku kiedy to Niemcy przeprowadzają jeden z najsilniejszych nalotów dywanowych na Warszawę, a może bardziej adekwatnym będzie rok 1944, kiedy niemieckie sztukasy ścierają niemal w pył warszawską starówkę przeprowadzając huraganowe ataki w ostatnich dniach sierpnia? Nie, chodzi bowiem o rok... 1935.
W trakcie okupacji - z naklejonym dziełem nazistowskich propagandzistów
Wtedy to właśnie na ulicach wielu polskich miast w tym i Warszawy m.in. we wspomnianym miejscu Alej Jerozolimskich, pojawiają się potężne bomby, a dokładniej rzecz ujmując ich wierne repliki.
Trafiają tu za sprawą LOPP czyli Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Powstała w 1928r. organizacja odpowiada m.in. za organizację masowych ćwiczeń obrony cywilnej. W ten efektowny i niekonwencjonalny sposób próbuje dotrzeć do jak największej rzeszy obywateli, by wobec narastającego napięcia międzynarodowego byli oni możliwie najlepiej przygotowanymi do wybuchu potencjalnego konfliktu. Stawianym wówczas powszechnie pytaniem nie jest już czy wojna wybuchnie, lecz kiedy do tego dojdzie. Wobec powyższego stanu rzeczy LOPP intensyfikuje swe działania edukacyjne wśród obywateli, a czyni to m.in. w tak oryginalny sposób. Repliki bomb rozmieszczane przy punktach i placówkach organizacji, stanowią specyficzny drogowskaz. Niektóre źródła podają czasem jakoby wskazywać miały również drogę do schronów przeciwlotniczych, co jednak nie jest prawdą.
Dzieło nazistowskich propagandzistów w pełnej krasie
W kategoriach ironii losu można natomiast rozpatrywać fakt, że atrapa bomby lotniczej nietknięta przetrwa okres okupacji, aż do wyzwolenia, podczas gdy naokoło legnie w gruzach całe miasto.
Makiety podczas okupacji nie usuwają Niemcy. Pełni rolę słupu ogłoszeniowego w pewnym momencie będąc miejscem ekspozycji propagandowego plakatu Anglio!Twoje dzieło!
W 1945 roku natomiast staje się reklamą pierwszej powojennej wystawy zorganizowanej w pobliskim Muzeum Narodowym poświęconej... RAF, czyli królewskim siłom lotniczym Wielkiej Brytanii. Historia lubi być przewrotna.
Wokół płyty Okęcia od kilkunastu minut narastał gwar i napięcie. Coraz liczniejsza grupa ludzi z napięciem obserwowała bezchmurne tego dnia niebo. Ewidentnie czegoś wypatrywali. Wreszcie ktoś krzyknął Jest! Leci! Oczy wszystkich natychmiast skupiły się w jednym punkcie nieboskłonu, który z każdą chwilą stawał się większy by wreszcie uformować się w sylwetkę samolotu. Maszyna z gracją zatoczyła koło nad lotniskiem i korzystając ze sprzyjającego jej podczas podejścia lekkiego, przeciwnego wiatru sprawnie wylądowała. Wszyscy tłumnie ruszyli ku stalowej sylwetce DC-2 jednego z najnowszych nabytków LOT-u zabierającego na swój pokład robiącą wówczas spore wrażenie liczbę 14 pasażerów. Ale to nie on był bohaterem dzisiejszych wydarzeń, wszyscy czekali na pilotującego go kapitana, by powitać go kwiatami i transparentem - 1.000.000km.
W latach 30-tych ubiegłego stulecia nie było to jedyne tego typu powitanie zorganizowane na warszawskim lotnisku Okęcie o czym dowiedzieć się można zwiedzając Salę Historii Lotu, czyli mini muzeum największego polskiego przewoźnika lotniczego, które zwiedzić możemy w jego siedzibie. Zanim o samym muzeum, a przede wszystkim zgromadzonych w nim eksponatach i pamiątkach warto zwrócić uwagę na szklany biurowiec w którym ekspozycja ta znalazła swoją siedzibę. Główna kwatera LOT-u której elewacja praktycznie w całości składa się ze szklanej powierzchni nawiązującej do błękitu nieba w 2002 roku została uznana za najpiękniejszy biurowiec w Polsce początku XXI wieku. Na przestronnym holu gości wita pokaźnych rozmiarów rzeźba żurawia - symbolu firmy, którego rozpostarty w trakcie lotu wizerunek wpisany w okrąg stanowi logo firmy praktycznie od początku jej działalności w 1929 roku.
Też tak potrafisz?;)
Na 17 Stycznia możemy jednak zobaczyć go nie tylko na kadłubach samolotów lecz również w ujmujących swą treścią ulotkach. Znajdziemy tu również sporą kolekcję plakatów reklamowych firmy powstałą na przestrzeni lat. W 1978r. w komedii Stanisława Barei "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" plakat chłopca robiącego "jaskółkę" stał się początkiem poważnych problemów granego przez Krzysztofa Kowalewskiego dyrektora Krzakowskiego zmuszonego przez swą niegrzeszącą nadmierną inteligencją ukochaną do powtórzenia tej pozy na środku lotniskowego terminalu.
Elementy kokpitu samolotu TU-134
W sali historii lotu znajdziemy oczywiście kilka stricte lotniczych eksponatów. Jednym z najbardziej efektownych także ze względu na swe gabaryty jest autentyczna tablica przyrządów wymontowana z kabiny samolotu TU-134 dzięki której zwiedzający choć w części może sobie spróbować uzmysłowić ilość wskaźników, przełączników i parametrów nad którymi w trakcie lotu muszą zapanować piloci.
Ale i pasażer nie zawsze miał lekko. Niewiele mniejszą podzielnością uwagi musiał wykazać się turysta chcący przeanalizować pełną siatkę połączeń europejskich rozpoczynając swą podróż w Warszawie i to już przed II wojną światową. Zresztą to bogactwo połączeń nie jest zaskakującym jeśli pamiętać będziemy o tym że LOT jest wśród dziesięciu najstarszych linii lotniczych świata.
To nie satelitarne zdjęcie powierzchni Księżyca,
lecz pas startowy lotniska na Okęciu po niemieckich nalotach
w 1939 roku.
Duże wrażenie robią też zdjęcia lotniska na Okęciu - będącego przez całą swą historię macierzystym portem lotowskiej floty - z okresu II wojny światowej. Od pierwszych dni września 1939 roku stało się ono z oczywistych względów głównym celem niemieckich ataków i bombardowań, których niszczycielski efekt uwidoczniony został na unikatowych zdjęciach z tamtego okresu.
Ekspozycja Sali Historii Lotu choć zgromadzona na niewielkiej powierzchni bogata jest w jeszcze wiele ciekawych materiałów i pamiątek dotyczących rozwoju polskiego lotnictwa cywilnego od jego początków po czasy nam współczesne.
Cała ekspozycja w pomieszczeniu subtelnie stylizowanym na wnętrze samolotu
Skoro mieliśmy możliwość zapoznania się m.in. z owocami pracy marketingowców LOT-u sprzed lat, warto zakończyć dzisiejszą wycieczkę klipem autorstwa ich współczesnych następców, który miał swą premierę kilkanaście dni temu. Jest on tym bardziej ciekawy, że ukazuje Warszawę z nieco innej perspektywy...
Z dala od ulicy, prawie niewidoczna,
przypomina dramatyczne zdarzenia,
które się tu rozegrały
Wysiadam za kolejowym tunelem przy Rondzie Sybiraków. Łoskot pociągowych kół na wiadukcie praktycznie nie ustaje, trudno się dziwić skoro to właśnie tędy wiedzie główna magistrala kolejowa z pobliskiego dworca Warszawa Zachodnia. Pokonując kładkę dla pieszych rozglądam się, pamiętając, że muszę iść równolegle do torowiska. Na razie wszystko się zgadza. Za stacją benzynową skręcam w ulicę której jedyną ozdobą jest ciąg zniszczonych hal i garaży w których swą lokalizację znalazło kilka warsztatów samochodowych. Krakowskie Przedmieście to z pewnością nie jest - myślę zostawiając za plecami ostatniego uwijającego się w twórczej pracy mechanika. Którędy teraz? Rozglądam się zdezorientowany. Niezbędna okazuje się konsultacja. Wobec powyższego z nieukrywaną radością dostrzegam pogięte metalowe drzwi w szarym budynku przy bramie. Całość wygląda na wjazd do jakiegoś dawnego zakładu ale teraz nad drzwiami wisi tabliczka z napisem BAR. Wchodzę do środka. Standard lokalu również ciężko przyrównać choćby do zabytkowej Sali Malinowej restauracji hotelu Bristol, aczkolwiek z pewnością nie sposób odmówić mu własnego specyficznego klimatu.
Zachowana konstrukcja szubienicy - dziś miejsce pamięci
Na wejściu popełniam jednak kardynalny błąd. Za swój cel obieram panią za bufetem pracowicie nakładającą chochlą porcję wątróbki. Oprócz woni wątróbki dolatującej mego nosa w tym samym momencie do mych uszu dobiega pytanie: Może porcyjkę? Bardzo smaczna!. Zaskoczony tym nagłym zdwojonym atakiem na me zmysły w ostatniej chwili uprzytamniam sobie, że jestem już po obiedzie.
Dziękuję bardzo - odpieram narastającą pokusę - chciałbym tylko się dowiedzieć jak dojść na Mszczonowską? A czego pan dokładnie szuka? Hm, jakby to powiedzieć... szubienicy. Pani musiała być tu już świadkiem bardziej zaskakujących zdarzeń, gdyż mimo nieukrywanego zdziwienia które zagościło na jej twarzy chochla pełna wątróbki nawet nie drgnęła jej w ręku. Szubienicy? No tak, takiej poniemieckiej, jeszcze z czasów wojny, staram się uściślić ratując sytuację. Nie wiem, ale... niech pan tam spyta oni znają okolicę mówi wskazując nieodległy stolik przy którym kilku panów raczy się piwem. Widać zjedli już wątróbkę.
Trzeba było tak od razu. W kilka sekund uzyskuję dokładne wytyczne co do dalszej marszruty. Szybko, sprawnie, kompetentnie. Nie ma to jak miejscowi. Tak oświecony ruszam we wskazanym kierunku. Co prawda warsztaty samochodowe się skończyły, jednak tym razem przychodzi pokonać mi wyłożoną betonowymi płytami drogę którą co chwila przemierzają rozpędzone i bardzo zapylone betoniarki. Zasadniczo już po pierwszym takim spotkaniu pod tym względem nie wyróżniam się z tego tłumu i ja. Atrakcje te zapewnia mieszcząca się na końcu drogi Betoniarnia Odolany. W życiu trzeba ponoć umieć w każdej sytuacji dostrzegać plusy - teraz przynamniej będę wiedział gdzie kupić beton w razie nagłej potrzeby. Pokrzepiony tą świadomością zostaję nagrodzony przez los za to jakże pozytywne nastawienie. Kilkanaśce metrów za wjazdem na teren zakladu dostrzegam bowiem cel mojej wyprawy. Spomiędzy zieleni drzew i krzewów rosnących na niewielkiej wygrodzonej działce dostrzegam ciemne drewniane słupy, a w ich pobliżu widzianą już w wielu miejscach Warszawy kamienną tablicę z grunwaldzkim krzyżem i napisem: Tu 16 października 1942 hitlerowcy powiesili 10 patriotów polskich zakładników za akcje wysadzenia torów kolejowych. Obok stoi drewniany krzyż.
Niewielki zagajnik sprzyja chwili refleksji
nad tą wojenną historią
To miejsce jednak na swój sposób w Warszawie wyjątkowe. Właśnie przy Mszczonowskiej do dziś zachowała się oryginalna konstrukcja szubienicy z okresu II wojny światowej, którą hitlerowcy wystawili w tym miejscu w nocy z 15 na 16 października 1942 roku. w ramach krwawego odwetu za akcję Wieniec zrealizowaną przez polskie podziemie. Została ona przeprowadzona nocą z 7 na 8 października przez Armię Krajową. Miała charakter dywersyjno-sabotażowy. Jej założeniem było wysadzenie torów warszawskiego węzła kolejowego, będącego strategicznym ze względów zaopatrzeniowych dla niemieckich sił walczących wówczas zaciekle na froncie wschodnim.
Obecnie to teren o charakterze przemysłowym
Wytypowanych zostało 8 miejsc gdzie patrole saperskie AK jednocześnie miały wysadzić tory kolejowe. Akcja zakończyła się niemal pełnym sukcesem, gdyż tylko w jednym punkcie patrolowi saperskiemu nie udało się zrealizować założonego planu. Efektem całej operacji było sparaliżowanie niemieckiej komunikacji na conajmniej kilka godzin. Dowództwo AK jeszcze przed realizacją tych działań obawiało się, iż Niemcy mogą dokonać odwetu za sabotaż na ludności cywilnej. Dlatego pierwotnie przebieg akcji planowano zsynchronizować z radzieckimi nalotami na Warszawę, niestety wobec ich wstrzymania jedyną próbą zmylenia Niemców i skierowania ich podejrzeń na działania radzieckich spadochroniarzy było porzucenie na miejscu zamachów rosyjskiej broni, co jednak okazało się być działaniem niewystarczajacym. Obawy dotyczące odwetu hitlerowców okazały się w pełni zasadne. Kilka dni po zamachach Niemcy w okolicach miejsc wysadzenia torów ustawili 5 szubienic i na każdej z nich powieszono 10 więźniów Pawiaka. Pozostałe szubienice rozebrano lub uległy zniszczeniu wkrótce po tych zdarzeniach z wyjątkiem tej przy Mszczonowskiej, która po wojnie została przekształcona w miejsce pamięci.
Jednak to nie koniec tej historii. Większość powieszonych więźniów Pawiaka stanowili bowiem działacze komunistyczni związani z Polską Partią Robotniczą i Gwardią Ludową. Komendant Policji Bezpieczeństwa i Służby Bzpieczeństwa na Dystrykt Warszawski Ludwig Hahn nakazał rozklejenie obwieszczeń, w których zapisano, iż akcja ta była dziełem tylko i wyłącznie komunistów i dlatego też komuniści poniosą adekwatną do czynu karę ("Za ten zbrodniczy czyn zostało 50 komunistów powieszonych"). Tym samym Hahn zdyskredytował działalność AK, uznając ugrupowania komunistyczne za winne sabotażowego uderzenia.
Moment zamachu uwieczniony na mozaice
To z kolei wywołało reakcję Gwardii Ludowej bedącej zbrojnym ramieniem tych środowisk. Jej bojowcy 24 października 1942 roku dokonali głośnego zamachu na znajdujący się na skrzyżowniu Al. Jerozolimskich i Nowego Świata przeznaczony tylko dla Niemców ekskluzywny Cafe Club wrzucając do środka wiązkę granatów. Cafe Club znajdował się w domu, który stał tam gdzie dziś przy rondzie de Gaulle'a znajduje się Empik. Miejsce to zostało upamiętnione. W 1964 roku nad bramą powstałego na tym miejscu budynku umieszczono mozaikę autorstwa Władyslawa Zycha, która przedstawia moment zamachu. Tak oto od szubienicy na odległej Mszczonowskiej udało nam się dotrzeć do mozaiki na rondzie de Gaulle'a, którą tak jak szubienicę możemy oglądać do dnia dzisiejszego.
Dla osób z nieco mniejszą orientacją przestrzenną - szerszy plan. Łącznik sąsiaduje z budynkiem słynnym z napisu na jego frontonie"CAŁY NARÓD BUDUJE SWOJĄ STOLICĘ", a dlaczego akurat w tym miejscu został on umiejscowiony? Tę odpowiedź pozostawmy na inną okazję.
Byk - symbol hossy wita wszystkich
wchodzących do gmachu przy Książęcej
Dochodziła 9... włączył telewizor... przywitał go głos Cymcyka, poproszonego o komentarz przed otwarciem, popoludniu pewnie będzie Białek i jeszcze kilku innych na podsumowanie notowań. Gość ma łeb - pomyślał. Lubił go słuchać, ale sam nie wiedział czy dlatego, że z cholerną łatwością potrafił zinterpretować i wytłumaczyć każdą sytuację czy może dlatego że miał nosa i trafnie prognozował przyszłą sytuację. Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich dni raczej to pierwsze, zresztą oni wszyscy mówią tak, że można to nieraz dwojako interpretować. W międzyczasie odpalił komputer. Aplikacja jak zwykle otwierała się długo, ale gdy już zaskoczyła szereg cyferek na razie jeszcze powoli zmieniał swe położenie.
Przyjmują już zlecenia na otwarcie, TKO na pierwszy rzut oka wygląda dobrze, terminowe na WIG20 też idą lekko do góry - dobry omen? Zazwyczaj pewnie tak jest ale od kilku tygodni już nic nie jest pewne. Rynek zachowuje się jak szalony miotając się po kilkanaście procent w każdą stronę reagując przesadnie na każdą tak dobrą jak i złą informcję. Tyle że tych ostatnich jest znacznie więcej.
Warszawska GPW jest największym pod względem obrotów
kapitałowym rynkiem Europy Środkowo-Wschodniej
Cholerni Grecy, nie mieli kiedy splajtować wyklinał mieszkańców Hellady w myślach, do tego jeszcze Amerykanie dorzucają teraz swoje trzy grosze, a raczej coraz słabsze centy. Te pełne kosmopolitycznej miłości rozważania przerwał mu odgłos giełdowego dzwonu. To już drugi w ponad dwudziestoletniej historii giełdy. Pierwszy, będący prezentem od Francji nie wytrzymał ciśnienia i pękł kilka lat temu. Fakt, tu trzeba mieć mocne nerwy i serce jak dzwon.
Właśnie minęła 9.00. Przenosimy się na parkiet by zobaczyć jak dzisiejszy dzień zacznie się dla inwestorów - podekscytowanym głosem mówił prowadzący program - jak zwykle łączymy się z naszym giełdowym studiem na Książecej.
Tzw. schody maklerów - niektórym przypominają
symbol amerykańskiej waluty $
Giełdowy TANDEM uruchomił właśnie całą swą moc obliczeniową - miał przed sobą kilka godzin wytężonej pracy. To do niego z całego kraju i z zagranicy spływały od godziny zlecenia kupna i sprzedaży.
Te wynikające z zimnej kalkulacji, oparte na analizie technicznej spółek jak i te bazujące na ich ocenie fundamentalnej, oparte na optymizmie i nadziei że dziś indeksy pójdą na północ jak również te zakładające czarny scenariusz i ostre pikowanie na południe. Z identyczną, beznamiętną precyzją przeliczał zarówno najdrobniejsze zlecenia pochodzące od indywidualnych graczy jak i wielomilionowe płynące z OFE czy funduszy inwestycyjnych. Za każdym z tych zleceń stały różne emocje - nadzieja, strach, chęć sprawdzenia się, konieczność, chciwość, naiwność a może właśnie realna ocena sytuacji. TANDEM zamieniał to wszystko w ułamkach sekund w miliony bajtów, które po przejściu przez giełdowe algorytmy były gotowe do publikacji.
Rzeczywiście minęło ledwie kilka chwil a na ekranie komputera zamigotały czerwono-zielone tickery. Byk z niedźwiedziem starli się w codziennym uścisku testując swą aktualną dyspozycję. Przynajmniej chwilowo zatriumfował ten pierwszy i zieleń rozlała się po diodowych ekranach z danymi notowań. Uff - odetchnał, może wreszcie będzie to jakieś trwalsze odbicie.
Symboliczne serce systemu - giełdowy parkiet - Sala Notowań
jest także miejscem wielu szkoleń i konferencji ekonomicznych
Ostatnio nie miał nosa. Wszedł na rynek na kilka dni przed załamaniem. Spółka na którą liczył porwana została w dół przez cały rynek, nie pozostało nic jak tylko uważnie śledzić sytuację. Początek bessy, powrót globalnej recesji czy może tylko chwilowa stagnacja gospodarek przerośniętych długiem publicznym a może to tylko spekulanci zaczęli swą grę na spadki. Na pewno nie odpuszczą takiej okazji - to ich żywioł - daytrading znów w cenie, to jeszcze inwestycja czy już czysta loteria? Długoterminowi są w defensywie, cóż począć, jak mawiają nie walczy się z rynkiem.
Zegary pokazujące aktualny czas na największych rynkach
giełdowych świata - w tle widoczna sala medialna skąd
dziennikarze relacjonują na żywo bieżącą sytuację na parkiecie
Mija parę godzin, trend wzrostowy cały czas się utrzymuje, kolejne wejścia z giełdowego studia są coraz bardziej pozytywne, w powietrzu zaczyna pachnieć euforią, do tego relacjonują debiut kolejnej spółki z sali notowań na NewConnect. To alternatywny do głównego rynek, tu jednego dnia można pójść nawet o kilkadziesiąt procent do góry ale równie dobrze stracić drugie tyle. Poza tym jeszcze nie jest on dość płynny, zdecydowanie wystarczy mu emocji na głównym parkiecie. I na nim skupia swą uwagę tym bardziej, że zbliża się 15.30 czyli start notowań za oceanem. Do tego zbiega się się on z odczytem kolejnego stanowego PMI. Gorszy od przewidywań grubo ponad 10 punktów procentowych. Fatalne nastroje amerykańskich przedsiębiorców zapewne udzielą się amerykańskim ale i europejskim inwestorom. Główne indeksy w Stanach już na czerwono, S&P500 i NasDaq ponad 3 na minusie. Na reakcje w Europie nie trzeba długo czekać niemiecki DAX, włoski FTSE i francuski CAC40 też już w odwrocie. WIG20 w tej sytuacji się nie obroni.
Współczesność z historią w tle. Obecna siedziba GPW
z sąsiadującą z nią dawną siedzibą KC PZPR, która w latach
1991-2000 była pierwszym powojennym miejscem
funkcjonowania reaktywowanego rynku kapitałowego
Do tego gwałtownie wzrastają obroty, "grubasy" nawet nie muszą dziś specjalnie zbijać kursów sprzedając małe z ich punktu widzenia pakiety akcji - pomyślał zirytowany obrotem sytuacji. Znowu dylemat ulec trendowi i sprzedać czy zacisnąć zęby i dokupić na dołku, przecież mówią by kupować kiedy leje się krew. Gorzej jeśli ten ruch okaże się zabawą w łapanie spadających noży. Dokupić czy ustawić stop lossy, wiedział że musi podjąć jakąś decyzję. Kilka kliknięć na klawiaturze i zlecenie na zamknięcie przesłane do realizacji.
Obok rynków akcyjnych swoje miejsce ma tu rynek obligacji
korporacyjnych i samorządowych tzw. CATALYST
17.20 koniec notowań ciągłych w Warszawie. Jeszcze tylko 10 minut dogrywki i można będzie podsumować dzień... kolejny dzień na GPW.
Rzeźba byka powstała z okazji 15-lecia funkcjonowania obecnej giełdy - artyści przez kilka godzin na oczach widzów spawali poszczególne elementy jego stalowej postaci. Wcześniej w holu eksponowany był również byk stylizowany na wykonanego z kart ceduły giełdowej, czyli wykazu najwyższych i najniższych notowań cen i kursów w ciągu dnia
Projektantami ultranowoczesnego gmachu ukończonego w 2000 roku są uznani na świecie
polscy architekci Andrzej Chołdzyński i Stanisław Fiszer - co uważny obserwator może
sam dostrzec na jego elewacji.
Składa się ona ze szkła i płyt na których wyobrażono poza tym zapisy i symbolikę notowań
papierów wartościowych wraz z ich wykresami.
Schody ruchome, obok maklerskich także znane są ze swojej i to podwójnej symboliki. Każdy z ciągów przedstawia możliwość wzrostów jak i spadków notowanych spółek, natomiast szkło przez które można obserwować ich pracujący mechanizm, podobnie jak to użyte w samej konstrukcji budynku symbolizuje transparentność polskiego rynku kapitałowego
Od strony północnej znajdującej się przy ul. Lorentza usytuowane jest drugie wejście do budynku Centrum Giełdowego. Tu często można spotkać tuzów polskich finansów. A sama ul. Lorentza? Tak jak tablica na budynku giełdy upamiętnia wieloletniego dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie, którego siedziba mieści się po jej drugiej stronie, ale to już nieco inna historia...
Nad, pod, na i przy Polu, czyli Pole Mokotowskie i okolice wczoraj i dziś– START: skrzyżowanie Al. Niepodległości, Wawelskiej i Al. Armii Ludowej, TERMIN:26.02.2012, niedziela, godz. 11.00, W RAMACH: Międzynarodowego Dnia Przewodnika Turystycznego 2012. PATRONAT: Warszawski Oddział Przewodników PTTK oraz Fundacja Varsaviana. CEL: Dobra zabawa z historią i współczesnością stolicy w tle. FORMA: Spacer z przewodnikiem miejskim, który będzie próbował ogarnąć sytuację. TREŚĆ, ZWANA TAKŻE MERITUM: Pole Mokotowskie. OSTRZEŻENIA: Wątek zasadniczy będzie atakowany szeregiem wymykających się spod kontroli i nieprzewidywalnych dygresji. UWAGI DODATKOWE: Wszyscy zainteresowani, ostatecznie i Ci znudzeni, mile widziani. Zapraszam do udziału! Wstęp wolny. PEŁNY PROGRAM: Program_miedzynarodowy_dzien_przewodnika_2012.pdf
Całuje i ściskam wszystkich czytelników bardzo gorąco! Moi drodzy mam bardzo dobrą wiadomość! Idziemy dzisiaj na zakupy. Prawdziwe szaleństwo! A w stolicy jest gdzie poszaleć: Arkadia, Złote Tarasy, Galeria Mokotów, Blue City, Sadyba Best Mall, Wola Park. Już zacieram ręce! Oczywiście jako zagorzały orędownik tego typu wypadów, muszę zacząć od tego, że nie dalej jak kilka dni temu wpadły w me oko wyjątkowej urody biodrówki i przyznam - musiałem Wam skrobnąć o tym parę słówek, bo zwariowałem kompletnie na ich punkcie...
[ Konsternacja- zmieszanie, zakłopotanie, konfuzja, podniecenie wywołane zaskakującym, niespodziewanym wydarzeniem, niefortunnym obrotem sprawy, nietaktem, rozczarowaniem; Etym. - łac. consternatio -niepokój, zmieszanie;]
Oprócz tego,że coraz cześciej zastanawiam się czy jestem w stanie pisać normalnie, chciałbym dziś wspomnieć o trzech moim zdaniem wyjątkowo ciekawych a zarazem charakterystycznych dla Warszawy miejscach związanych z handlem właśnie. I choć nie będą to ani współcześnie funkcjonujące i dominujące w stolicy gigantyczne centra handlowe ani ich najstarsi antenaci w postaci staromiejskiego rynku, czy sąsiadujących z nim w bardzo małej odległości rynków solnego na Szerokim Dunaju i nowomiejskiego to chyba właśnie je często uznaje się za najbardziej oddające tzw. warsiawskiego ducha.
Gościnny Dwór przy Placu Żelaznej Bramy. Z tego ujęcia
najlepiej widać charakterystyczny kształt jak i dobudowne
w późniejszym okresie na wewnętrznym placu stragany
Zdjęcie za: http://www.warszawa1939.pl/
Pierwszym z nich i zdecydowanie najmniej znanym jest tzw. Gościnny Dwór. Istniał od roku 1841 do 1939 kiedy to spłonął pod naporem niemieckich bomb.Trzymajmy się jednak chronologii. Idea jego powstania wynikła z chęci uporządkowania przez XIX-wieczne władze rosyjskie miejskiego handlu, który mocno wymykał się wówczas spod kontroli. To akurat trudno jednak uznać za specyfikę tylko tamtego okresu. Ówczesny magistrat wpadł na pomysł stworzenia obiektu handlowego z prawdziwego zdarzenia. Jako, że szczególnie intensywnie w pierwszej połowie XIX wieku rozkwitał on w rejonie ówczesnego Placu za Żelazną Bramą właśnie tam postanowiono usytuować mający służyć temu celowi obiekt.
Główne wejście do Gościnnego Dworu było usytuowane
vis a vis Pałacu Lubomirskich (w 1970 r został obrócony
o 78 stopni). Nad wejściem zwróćcie uwagę na charakterystyczną
sylwetkę, na podstawie której z dużą dozą prawdopodobieństwa
zaryzykuję stwierdzenie, że to Hermes - patron kupców.
Zadanie zaprojektowania go powierzono architektowi Janowi Gayowi, choć jego postać nie jest tu szczególnie istotną biorąc pod uwagę fakt, iż pawilon ten jak zresztą i jego nazwa były wzorowane na powstających ówcześnie w Rosji carskiej podobnych pawilonach handlowych. Ostatecznie przyjął on trójkątny kształt z mocno zaokrąglonymi rogami, a cala konstrukcja zasadniczo opierała się na żeliwnych słupach (żeliwo zresztą przeżywało wówczas prawdziwy bum jeśli chodzi o wykorzystanie przez architektów, także warszawskich, czego świetnym przykładem może być choćby oparcie na nim powstałego niemal w tym samym czasie kościoła św. Karola Boromeusza na ulicy Chłodnej (spróbujcie zastukać mocniej w jego filary). Wracając jednak do Gościnnego Dworu to pierwotnie stoiska kupców znajdowały się jedynie pod tą nazwijmy to obwarzankową konstrukcją. Centralny plac był bowiem pusty. Jednak tylko do czasu. Popularność tego miejsca szybko sprawiła, iż koniecznym okazało się zabudowanie poprzecznie ulożonymi i zadaszonymi straganami także i tej przestrzeni. W tym kształcie to XIX-wieczne centrum handlowe przetrwało aż do początku II wojny światowej kiedy to jego żywot definitywnie zakończyły wspomniane wcześniej siły Luftwaffe. O tym jak miejsce to tętniło handlowym życiem niech świadczy fakt, że niemal po sąsiedzku na przelomie XIX i XX wieku powstały Hale Mirowskie. Przypatrując się asortymentowi w nich dostępnemu obiekty nie tyle konkurowały z Dworem co wzajemnie się z nim uzupełniały, gdyż w Halach sprzedawano głównie świeże ryby i warzywa. W pewien sposób można to przyrównać do wzajemnej koegzystencji rynku staromiejskiego z rynkiem na Szerokim Dunaju które również miały swoje specjalizacje. Tu tym mniej przyjemnie pachnącym był ten drugi.
Ale lewobrzeżna Warszawa nie tylko Gościnnym Dworem stała. Kilkanaście lat po nim, bo już w 1867 powstało największe, tym razem odkryte targowisko Warszawy, czyli słynny Kercelak. O jego skali, którą oblicza się na ok.1,5 hektara niech świadczy fakt, iż zajmowało ono zarówno fragmenty ulicy Chłodnej, Towarowej, Okopowej oraz Leszno. I tu mieliśmy do czynienia z dość nietypowym kształtem, bowiem plac targowy często przyrównywano do kształtu odwróconej litery P. Mimo otwartej przestrzeni którą stanowił bazar i odwiedzających go codziennie tłumów nie można jednakm powiedzieć że panował tu chaos. Kupcy szybko zorganizowali się w taki sposób, że każdy rejon placu specjalizował się w określonym asortymencie. Swoje miejsce znaleźli tu handlujący np. kwiatami, swoje odzieżą czy żywnością. W odróżnieniu od Gościnnego Dworu Kercelak funkcjonował także przez większą część okupacji i był miejscem gdzie zaopatrzyć się można było praktycznie we wszystko, również słynną rąbankę przemycaną - pod nosem Niemców - z okalających Warszawę wiosek. Targowisko wskrzesiło się jeszcze na pewien czas po wyzwoleniu stolicy funkcjonując praktycznie pośród gruzów, jednak wraz z odbudową tego rejonu miasta, a przede wszystkim realizają trasy WZ musiało ustąpić pod naporem nowego ładu urbanistycznego.
Elsterska 1 - dom Władysława Różyckiego, powstał w modnym
w okresie międzywojennym w Polsce tzw. morskim stylu
(odzyskaliśmy wszak dostęp do Bałtyku).
Nieprzypadkowo więc budynek jest zwieńczony
wieżyczką naśladującą kapitański mostek
I wreszcie esencja warszawskich bazarów, czyli bazar Różyckiego na Pradze. Najmłodszy z tu wspomnianych bo powstały w 1901 roku. Nazwę przyjął od swojego założyciela Juliana Różyckiego. Jednak choć to on zorganizował targowisko sprawa jest nieco bardziej złożoną, gdyż za samego pomysłodawcę całego przedsięwzięcia uważa się niejakiego Manasa Rybę. To zresztą faktycznie on zarządzał tą praską agorą czyniąc to z ulokowanego przy wejściu od ul. Targowej domu, którego był właścicielem. Przedsięwzięcie to okazało się niezwykle trafionym i na tyle dochodowym że w roku 1935 syn Różyckiego - Władysław m.in dzięki zyskom czerpanym z targowiska mógł pozwolić sobie na wystawienie nowego domu na Saskiej Kępie, będącej w okresie międzywojennym przecież jedną z najbardziej prestiżowych i dynamicznie rozwijających się dzielnic stolicy.
To się nazywa udany przykład małej architektury
- kiosk w kształcie syfonu stał się wizytówką bazaru
Różyckiego
Tak jak i o Kercelaku, o Różycu mówiono że można tu dostać wszystko i faktycznie w jego dziejach spotkamy wiele historii mocno uwiarygadniających tę tezę. W czasie okupacji przykładowo za jego pośrednictwem w handlu pojawiły się bardzo liczne... żółwie, które prawdopodobnie przechwycono z niemieckich transportów. Oprócz towarów nietypowych czy wręcz unikatowych sprzedawano tu też rzecz jasna produkty podstawowe. Niektóre z nich stały się wręcz symbolami bazaru tak jak choćby sprzedawane na nim prosto z gara flaki czy pyzy. Innym symbolem targowiska w kwartale ulic Targowej, Ząbkowskiej, Brzeskiej i Kępnej stał się wielki syfon, a dokładniej budka w jego kształcie w której serwowano m.in. wodę gazowaną. Stał on centralnie nieopodal głównego wejścia, zapewne ku uciesze praskiej dziatwy. Bazar jako jedyny ze wspomnianych przetrwał do dzisiaj, lecz jego los jest niepewny. Nadzieją na przetrwanie, a być może i rewitalizację jest zbliżająca się ku końcowi sąsiadująca z bazarem inwestycja jaką będzie pierwsze muzeum na praskim brzegu Wisły, a ściśle rzecz ujmując Muzeum Warszawskiej Pragi. Jest na to szansa, gdyż ciekawie zaprojektowany muzealny kompleks jeśli wszystko zostanie zrealizowane zgodnie z założeniami, zapowiada kryć w sobie niejedną zaskakującą atrakcje, ale o tym już wkrótce, teraz nabrałem ochoty na gorące pyzy, ewentualnie wątróbkę - wspomnianą tu już jakiś czas temu, co potwierdzi każdy uważny czytelnik.